|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
KOTY
Ciekawostki ze świata i półświatka
KSIĄŻKI
Magazyn notek - stare archiwum
Moje Zakątki Hobbystyczne
Odnoga Od Tego Bloga
Pasjonaci
Pisarze
Profesjonalia
Uobrazecki
Żarełko
Życiorysy
Tagi
|
czwartek, 26 stycznia 2012
Jestem wielbłądem
Jestem wielbłądem Niedawno otrzymałam następującą wiadomość chomikową pocztą: „Naruszenie praw autorskich. Witamy, otrzymaliśmy wiarygodną informację, iż na Pani/Pana koncie znajdują się pliki...” i tu następowała bardzo długa lista książek wydanych przez wydawnictwo (Wy)Zysk i S-ka. Tytułów i nazwisk kompletnie z niczym mi się nie kojarzących, poza Kalicińską i Ziemkiewiczem, którego nie czytuję i na pewno nie zbieram. A Kalicińską mam w zahasłowanym folderze i użyczam wyłącznie znajomym. WTF? Dostałam omyłkowo priva przeznaczonego dla całkiem innej osoby? I dopiero jedna z koleżanek uświadomiła mnie, że wszystkie te pozycje mam w folderze zatytułowanym „Fragmenty książek REKLAMOWE”, który kiedyś uznałam za dobry pomysł i hurtem przechomikowałam z czyjegoś konta. Każdy z takich plików zawiera skan okładki, informacje o wydawcy i fragment tekstu z bardzo wyraźnym ogłoszeniem na początku, że jest to wyłącznie kawałek na spróbowanie. No ale według murzyna, którego wynajął (Wy)Zysk i S-ka jestem wielbłądem, bo się temu komuś nie chciało zajrzeć do choćby jednego pliku (możliwość podglądu przecież istnieje) ani nawet przeczytać tytułu folderu, bo po co? Podobnie rzecz się miała, kiedy już jakiś czas temu zbaraniałym wzrokiem odczytałam, że winna jestem kradzieży i niecnego rozpowszechniania ebooka Olega Diwowa pt. „Nocny obserwator”, a kancelaria Pro Bono wyceniła szkody moralne i finansowe Fabryki Słów na około 450 zł. Oczywiście zignorowałam te żądania i jak się okazało, słusznie. Gdyby szpiegowi z Pro Bono zachciało się zajrzeć do tego pliku, zobaczyłby równe rządki cyrylicy, a plik nosił nazwę „Diwow_Nocny_obserwator_RU”. Do głowy by mi nie przyszło, że ktoś mógłby się przyczepić o książkę, której nikt w oryginale do polski nie sprowadza, nie obraca nią, a przeczytać ją mogą nieliczne osoby władające językiem rosyjskim w stopniu zaawansowanym. Pozwać mogłoby mnie co najwyżej wydawnictwo Eksmo z Moskwy, ale nie sądzę, by im się chciało. Zatrudniony do grzebania w chomiczych spiżarniach pracownik w zakresie obowiązków najwyraźniej miał tylko umiejętność czytania, a czytanie ze zrozumieniem już nie. W związku z czym założyłam również hasło na wszystkie pliki rosyjskie, bo co się będę kopać z koniem? Tak właśnie wyobrażam sobie sytuację, kiedy podpisane dziś ACTA zacznie obowiązywać. Że zostanę zaocznie skazana za to, że na puszce zawierającej herbatę miałam napis „Marihuana”. A na deser twórczość Ilonki, póki jeszcze mogę linkować.
wtorek, 24 stycznia 2012
NIE DLA ACTA
NIE DLA ACTA Właściwie miałam napisać o cmentarzach dla zwierząt, ale ten temat odłożę na nieco później. W tej chwili bardziej actualne jest ACTA. Jestem pisarką, żyję z tego, że ludzie kupują moje książki i w zasadzie powinnam sikać z radości, że jacyś dobrzy wujaszkowie postanowili, alleluja-alleluja, zadbać o moje interesy. Gdyż albowiem po podpisaniu ACTA moje dochody wzrosną niebotycznie i kupię sobie willę, mercedesa oraz rasowego chomika. A jednak mówię: NIE DLA ACTA. Dlaczego? Bo jest oczywiście piramidalną bzdurą i prawniczym bublem. Kto miał chęć nabyć i przeczytać moje dzieła, nabył i przeczytał, kto nie chciał, to i tak ich nie kupi, choćby kosztowały 1 złoty, 20 groszy polskich, a za piractwo osadzano dożywotnio w Alcatraz. Jestem osobą od dawna dorosłą i świadomą, a jednak wujkowie w rządzie uznali, że nie wiem co dla mnie dobre, więc mnie uszczęśliwią na siłę, tak jakbym miała 4 latka i się uparła, że nie włożę rajstopek, bo nie i już. „Piractwo jest złe, proszę pani. Pani jako literat powinna to wiedzieć. My chcemy pani dobra!” To ja może lepiej schowam to swoje dobro głębiej, żeby go nie znaleźli... Tak, owszem, piractwo jest złe. I gdybym odkryła, że ktoś nielegalnie kseruje, kopiuje i sprzedaje moje książki, to bym mu łeb upitoliła przy samym odbycie. Natomiast jeśli ktoś bierze dla siebie, czy też rozdaje darmo/pożycza, to mogę tylko odwołać się do jego sumienia. Mam na utrzymaniu dwa koty, kredyt mieszkaniowy do spłacenia, benzyna też kosztuje, nie mówiąc o tym, że nie jestem bytem wirtualnym i muszę coś jeść oraz się w coś ubrać, więc dajcie mi zarobić. Wbrew obiegowym wyobrażeniom literat nie otrzymuje z ceny okładkowej połowy, tylko 10%. Łatwo policzyć, że z 30 zł ceny książki pisarz dostaje 3 zł. Dołożę 40 groszy i kupię sobie bilet na autobus. Wracając do nieszczęsnej sprawy ACTA, teoretycznie powinnam ją albo poprzeć, albo mieć głęboko w d..., uznając, że w żaden sposób nie zmieni mojej sytuacji – ani na plus, ani na minus. I tu pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję: dawno temu chciałam, by zmieniono moje zdjęcie na wikipedii, gdyż nie dość, że było grubo nieaktualne, to jeszcze wyglądam na nim jak nietrzeźwa albo naćpana. Dostarczyłam aktualną fotografię zrobioną przez małżonka – powisiała chwilę i została zdjęta przez moderatora jako naruszająca czyjeś dobra. Nie wiem czyje, bo moje na pewno nie. Przepychanki trwały jakiś czas, a do mózgownicy moda nie docierało nijak, że osoba, której dotyczy hasło w wikipedii, życzy sobie innej fotki, ta druga fotka niczego nikomu nie narusza i jest zgodna z dyrektywami UE oraz doktrynami pastafarianizmu. Zero zrozumienia. Starej fotki też nie dało się zdjąć, nadal wiszę tam jako ofiara niefotogeniczności. No i teraz wyobraźcie sobie tę sytuację pomnożoną razy tysiąc. Ten wielki, wszechogarniający bajzel, kiedy każdy będzie podejrzewał każdego, autorom własnych fotografii, notatek i tekstów będzie się grozić sądem i więzieniem, bo nie będą potrafili udowodnić z całą pewnością, że to są naprawdę ich rzeczy. (W tym momencie przypomniał mi się mój daleki kuzyn, jak przed laty, po wydaniu „Tkacza Iluzji” nachylił się do mnie i spytał konfidencjonalnym szeptem: „Ale powiedz tak naprawdę... kto ci to napisał?”. Kurtyna.) A służby będą hurtowo zamykać strony i całe portale, tak na wszelki wypadek. „Zabijmy wszystkich, Bóg rozpozna swoich”. A w jaki sposób ACTA może zaszkodzić mnie osobiście? Bo owszem, może. Jako pisarz i redaktor potrzebuję bardzo obszernej biblioteki danych, za którą w tej chwili robi Internet. Jeśli chcę sprawdzić jakiś cytat, prawidłową pisownię prawdziwego nazwiska Marka Twaina czy potrzebuję znać rok, w którym wprowadzono do obiegu samopowtarzalne pistolety (owszem, potrzebowałam tego przy pracy nad książką Marka Hoddera o Skaczącym Jacku), otwieram google i mam odpowiedź w ciągu pięciu-dziesięciu minut. A już zamieszczane w sieci zdjęcia są wręcz bezcenne. W momencie kiedy to źródło wiedzy zostanie okrojone, wszyscy ludzie zajmujący się słowem pisanym cofają się jakieś 30 lat wstecz. Legalna Polska Biblioteka Internetowa, która tak się szumnie zapowiadała, obecnie pod „opieką” Biblioteki Narodowej, jest kupą wirtualnej makulatury, gdzie szukanie czegokolwiek wymaga niemalże takiego samego wysiłku jak poszukiwania w bibliotece realnej. (Wyszukiwarka haseł w tekście nie działa, sprawdziłam.) Jaka jest alternatywa? Z wypisanymi na karteczce hasłami do sprawdzenia jeździmy do bibliotek (o ile jest jakaś w pobliżu), połowy potrzebnych książek oczywiście tam nie ma, bo to jest Polska i tu się stawia pomniki, a nie dba o księgozbiory. Dla mnie osobiście taka wyprawa do biblioteki wojewódzkiej to minimum 3 godziny. Już widzę tę szaloną radość wydawcy, któremu termin merytorycznej redakcji książki z 3 tygodni zmienia się w 3 miesiące i do tego praca będzie gorszej jakości. Co poza tym? Koniec z całą reklamą w drugim obiegu. Nie dowiem się o istnieniu 99 procent muzyków i śpiewaków, gdyż nie trafię na żadnym z czytanych blogów na żadną ich fotografię, ani na kawałek wykonywanej przez nich muzyki w formacie mp3. Nie zapoznam się z większością książek, które mogliby reklamować moi sieciowi znajomi i nieznajomi, wklejając na zachętę okładki i fragmenty tekstów. A więc i ja jako autor nie załapię się na całą tę szeptaną reklamę, czyli stracę potencjalnych klientów. Co więcej, gdybym sama osobiście na własnym blogu zamieściła własne, osobiste opowiadanie, jakiś nadgorliwiec mógłby mi go zamknąć, a ja bym wylądowała na policji, tłumacząc się, że nie jestem wielbłądem. Interpretacja przepisów ACTA pozwala też na szarpanie wszystkich autorów fanfików (wtedy idę siedzieć podwójnie), a także osoby, które te fanfiki na zasadach non protit publication udostępniały na swoich blogach, stronach i forach (tu już mam dożywocie jak nic). Tak więc owszem, powtarzam jeszcze raz: porozumienie ACTA zaszkodzi mi jako pisarzowi, choć niby powinno mnie chronić. Moje rozczarowanie działaniami PO ze zwyczajnego przemieniło się w bardzo głębokie i w następnych wyborach platforma już może na mnie nie liczyć. Panie Tusk, jestem już dużą dziewczynką i moje rajstopki proszę zostawić w spokoju.
piątek, 13 stycznia 2012
Zawiła sztuka gotowania zupy
Parę dni temu jakimś niepojętym cudem udało mi się wyprać cały wkład jasnych rzeczy razem z dywanikiem łazienkowym. To znaczy pojętym cudem, ale pojętym za późno. Włożyłam ów dywanik do bębna celem wyprania późniejszego, a potem bez patrzenia dopchałam pralkę bielizną. Całe szczęście, że dywanik nie został tym razem zasikany przez kotę (spryciara się kamufluje i grzeszy cichaczem, ale wonne ślady zostają) – jednak mój biały stanik już chyba nigdy nie będzie tak biały jak kiedyś. Dzisiaj zaś poczyniłam różne skomplikowane czynności celem ugotowania zupy ogórkowej na rosole drobiowym. W końcu spróbowałam gotowego produktu i zadumałam się srodze, gdyż zupa jakoś nie przystawała do standardów ogórkowatości, do jakich przywykłam. Dumałam dobre 2 minuty nad garnkiem, nim odkryłam w czym rzecz. Tak, pani w czerwonym sweterku wygrywa toster! NIE DODAŁAM OGÓRKÓW! Na drzwiach wyjściowych wisi już sugestywna karteczka z napisem: Weź komórkę! Może powinnam też przykleić drugą: Przed wyjściem sprawdź czy włożyłaś spodnie i buty! Kto wie do jakiego stopnia dojdzie moje roztargnienie? * Apdejt: Przywykliśmy burze z piorunami ściśle wiązać z wiosną i latem, tymczasem istnieją też burze zimowe z całkiem regularnymi błyskawicami i grzmotami. Na Syberii podobno zjawisko całkiem pospolite, jednak w Polsce zdarza się bardzo rzadko. Tymczasem to rzadkie zjawisko zaobserwowałam już dwukrotnie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Raz w grudniu, i drugi raz dzisiaj - niemalże w połowie stycznia - podczas całkiem solidnej śnieżycy, kiedy śnieg walił ostry i twardy, całkiem jakby tam na górze ktoś rozpruł gigantyczny wór styropianowych kulek. Śnieg, pioruny i grzmoty. Tak, tak, klimat zdecydowanie się zmienia.
środa, 11 stycznia 2012
Urlopik
Skończyłam nareszcie tłumaczyć "Lare-i-t'ae" Eleonory Ratkiewicz, sczytałam jeszcze raz, poprawiłam literówki i wysłałam gotowy plik do wydawnictwa. Fanki Lermetta i Enneariego pewnie w tej chwili podskakują z radości. Mam czas na chwilę oddechu, doczytanie książki, obejrzenie paru zaległych serialowych odcinków. Taki urlopik pomiędzy i nic po rosyjsku, już sobie to obiecałam, bo po dwóch miesiącach nieustannego gapienia się w cyrylicę już nawet sny miałam z ruskim dubbingiem. Piękny język, nie da się zaprzeczyć, ale należy zachować jakiś zdrowy umiar. No, może tylko "Maszę i niedźwiedzia" sobie obejrzę, postacie tam niewiele mówią.
czwartek, 05 stycznia 2012
Kronika Przyjemności
Kronika Przyjemności Podsumowanie roku 2011 dało mi do myślenia. Generalnie był to rok parszywy, ale czy na pewno? Może tylko go tak postrzegałam z powodu Ducha Teoretycznej Katastrofy? Miałam przecież mnóstwo drobnych przyjemnostek, miłych niespodzianek, albo wywalczonych niewielkich sukcesów. Z tego myślenia narodził się pomysł Kroniki Przyjemności (nie, nie chodzi o liczenie orgazmów). Mianowicie tak jak liczę przeczytane książki, postanowiłam zliczać i zapisywać to, co mnie codziennie spotkało miłego. W ten sposób skupię się na tych lepszych kawałkach egzystencji, zamiast babrać się w gorszych. A w grudniu 2012 policzę i przejrzę je wszystkie, i prawdopodobnie będę zaskoczona, ile fajności mi przyniosło życie. czwartek, 5 stycznia 2012 – kupiłam w biedronce piękne kubki z kwiatami, dostałam do czytania przedpremierowo „Złodzieja dusz” Jest przyjemność? Jest. Zliczania nieprzyjemności nie polecam, gdyż to na pewno prowadzi prościutko do depresji, cięcia się nożem do masła itd. Z tego miejsca pragnę pozdrowić Chaotyczną (z Myszą) i podziękować za miłe życzenia. Aniach66 – gratuluję ptaszków-zombiaszków. I całej reszcie blogerów też hej-hej!
wtorek, 03 stycznia 2012
WOŚP
Za chwilę finał Wielkiej Orkiestry, więc tradycyjnie wystawiam to i owo na aukcje Allegro WOŚP. W tym roku mam taki zachrzan z tłumaczeniem kolejnego tomu pani Ratkiewicz, że (jak to mówi Nunda) "ino z dupy mie sie kurzy". Powinnam więc chyba zostawiać za sobą taką smugę kondensacyjną jak odrzutowiec. W każdym razie nie mam głowy na "koty w worku" oraz "pudełka z tajemniczą zawartością", daję książki i cześć. Aukcje obejrzeć można TU
niedziela, 01 stycznia 2012
Podsumowania
Pierwszy dzień nowego roku. Doszłam do logicznego wniosku, że nie powinnyśmy sobie wzajemnie życzyć „szczęśliwego Nowego Roku”, bo los bierze to dosłownie. Mamy więc w miarę przyjemny Nowy Rok w sensie święta i dnia wolnego, a potem wszystko idzie seksualnie – czyli zaczyna się pieprzyć. Jeżeli 2012 zacznie mi coś odwalać, to jak Bór miły, mordę obiję. Zmuszę drania, żeby był pomyślny! 2011 rozpoczął mi się pogrzebem w rodzinie, potem zaliczałam nawracające zapalenie ucha oraz jedno (za to spektakularne) uczulenie na antybiotyk, u mojej ulubionej ciotki zdiagnozowano raka i cała wiosna upłynęła pod znakiem szpitala oraz dołów mojej matki. A swoje też dokładała wiekowa babcia. Na to nakładał się permanentny niedostatek i okresy, kiedy żywiliśmy się ze Smokiem chlebem ze smalcem, bo ser był już za drogi, o mięsie nie wspominając. I nieustanna harówka, łapanie najdziwniejszych zleceń za grosze, i wykłócanie się ze zleceniodawcą, byle tylko zapłacić rachunki – bo odcięcie prądu i Internetu spowodowałoby również odcięcie możliwości zarobkowania, błędne koło. Najgorszą pułapką, w jaką człowiek się może wpędzić to nieopłacenie czynszu tylko jeden, jedyny raz – z usprawiedliwieniem, że za miesiąc spłaci zadłużenie. Miesiąc to tylko cztery tygodnie i w dziewięciu przypadkach na dziesięć kasa nie sfrunie z niebios, za to do zapłaty zamiast 400 zł będzie już 800. Zaliczyłam też poważny kryzys małżeński i dziką awanturę o podział obowiązków domowych. A jesienią trzy osoby definitywnie zakończyły ze mną znajomość zarówno na płaszczyźnie zawodowej, jak i prywatnej. Allach z nimi. A w dodatku znów przytyłam. Naturalnie były też aspekty przyjemne roku 2011, jak np. majowa wycieczka do Katowic i Krakowa, zwizytowanie czołówki polskiej fantasy w postaci Mai z Jeremiaszem, zwiedzanie Wieliczki, grill u kociej cioci Joanny w Siedlisku pod Lipami w podelbląskiej dżungli, nasturcje, hamak i osy na balkonie, doskonale zorganizowany Polcon, wycieczki nad pobliskie morze... ale nad tym wszystkim unosił się duch Teoretycznie Możliwej Katastrofy, paskudząc całokształt. Nie lubiłam tego roku. W październiku, szczerząc się złośliwie kalendarzem, zafundował kolejny pogrzeb mojej mamie, a mnie duszności nerwicowe i dopiero wtedy chyba się trochę opamiętał, bo zaczął na swój sposób przepraszać. A to troszkę sypnął groszem, a to znów mniej policzył za naprawę linki hamulcowej, a to podrzucił tani i całkiem niebrzydki płaszczyk w szmateksie oraz oszałamiająco cudne buty w stylu „krasnoludzka modelka” i pozwolił nam finansowo na zakup choinki (w końcu, chyba po trzech latach). Wigilia jak zawsze banalna i dużo za dużo jedzenia – w dodatku w tym roku obskakiwaliśmy dwie. Moja mama przynajmniej puściła jakieś kolędy w tle i całkiem przyjemnie sobie pogadaliśmy, ale u teściowej nie znaleźliśmy w TV nic bardziej świątecznego od „Kevina w Nowym Jorku”. Serio, wigilijny wieczór na żadnym kanale nie mogliśmy złapać nawet jednej złamanej pastorałki. W drugi dzień świąt był kolejny spęd rodzinny, z którego urwałam się bardzo stanowczo po dwóch godzinach. O ile do swojego dawnego domu jeżdżę nawet dość chętnie, to rodzinnych posiadówek smokowatej części nie trawię. W każde urodziny, imieniny, święta, nawet przy stole z opłatkiem i z Matką Boską na ścianie mam gwarancję, że ktoś z kimś się pożre, powie coś przykrego, zaczną sobie wbijać szpile i przepychać jak w podstawówce „bo ty, a nie, bo właśnie ty...!” Tylko nigdy nie wiadomo kto podpali lont. Milczę, udaję głuchą, bo wtrącenie się tylko zaostrzy i wydłuży konflikt, a w trakcie marzę, żeby wstać i wyjść. Jeszcze jeden powód, dla których nie cierpię świąt. Sylwestra za to mieliśmy idealnego. Domowa pizza, piwo, oliwki, drinki i orzeszki, maraton filmowy, o północy musujące wino, oglądanie z okna fajerwerków, a jak się zmęczyliśmy to poszliśmy spać i już. W dodatku Tori raptem uznała, że w ciągu 2011 za mało mi okazywała uczucia, pół wieczoru spędziła na moim brzuchu (i biuście, gdyż Tori jest sporym koteczkiem) robiąc koci masaż, mrucząc, myziając, wylizując i wszelkimi siłami pokazując, że mnie kocha. Strzelanina za oknami zbulwersowała ją nieco, ale była to wyraźnie irytacja, a nie strach, natomiast Rudi miał na wszystko wy...tentegowane i interesowała go głównie zawartość naszych talerzy. Poza tym w 2011 roku: zrobiłam 1 witraż, przetłumaczyłam 2 książki, zredagowałam 8, przeczytałam zaś jakimś cudem 89, i 8 opowiadań, napisałam 37 recenzji i 1 felieton. Obejrzałam 55 filmów i niepoliczalną liczbę odcinków rozmaitych seriali. Definitywnie pożegnałam się z dr Gregorym Housem na etapie 3 odcinka aktualnego sezonu, stwierdziwszy, że mogłam znieść jego chamstwo i absolutną niereformowalność, kiedy poza tymi rzeczami w serialu było coś jeszcze. Teraz nie ma, więc „żegnam pana”. Obejrzę ewentualnie ostatni odcinek, żeby sprawdzić, czy go w końcu ktoś litościwy zabił, czy będzie się męczył kolejny sezon, a widzowie z nim. Być może robiłam coś jeszcze, ale tego nie pamiętam.
KSIĄŻKI PRZECZYTANE 2011 (- marne, *niezłe, **dobre, ***bardzo dobre, ****rewelacyjne)
Opowiadań nie podejmuje się oceniać, gdyż generalnie za tą formą nie przepadam i nie jestem obiektywna.
FILMY 2011 (oceny jak wyżej)
I to by chyba było na tyle, jeśli chodzi o podsumowania.
wtorek, 15 listopada 2011
Maja Kossakowska - Grillbar Galaktyka
Są takie książki, które się spożywa jak hamburgera – weszło jednym końcem, wylazło drugim, udział umysłu w konsumpcji na poziomie średnio pięciu aktywnych neuronów. I nigdy się już do nich nie wraca, bo już wiadomo kto zabił/zginął i kto z kim się seksił. Są też takie, których lektura wywraca bebechy na drugą stronę, wstrząsa całym światopoglądem, odkładamy przeczytany tom i... albo do niego wracamy, albo nie, pieszcząc jedynie w pamięci wspomnienie obcowania z czymś WIELKIM. A są i takie pozycje, do których się wraca i wraca, i wraca, po roku, po dwóch, w wakacje, w ferie - choć już wiadomo, co jest na kolejnej stronie. Taką książką jest „Ania z Zielonego Wzgórza” i „Gra Endera”, „Diuna” i „Paradoksy Młodszego Patriarchy”, „Róża Selerbergu”, wiele Pratchettów i „Klaudyna w szkole”, gdyż należą do tej cennej kategorii opowieści urodziwych, które się czyta nie po to by poznać zakończenie historii (mam na myśli ten drugi raz), a po to, by się raczyć ich „ładnością”. A całkiem niedawno do tej kategorii doszlusował „Grillbar Galaktyka”. Kiedy rok temu z okładem Maja sprzedała mi nowinę, że zamierza napisać humoreskę, to zrobiłam takie wewnętrzne „yyy?” na zewnątrz pokazując minę pełną zainteresowania, otuchy i tego wszystkiego, co powinien okazywać dobrze wychowany rozmówca. Aczkolwiek i Maja, i Jeremiasz są przeuroczymi ludźmi, potrafią cudownie opowiadać anegdoty i rozmaite historyjki, to piszą wiadomo jak. Wszystkie ich książki są ponure i dramatyczne, albo przynajmniej się mocno ocierają o kategorię „żyłochlast”. A tu Majeczka chce napisać coś wesołego, ja pierdykam... No i napisała, udowadniając tym samym, że umie. I to umie naprawdę hoho, hoho-ho! Najkrócej jak można: ta książka jest o gotowaniu i o wolności. Zasiadłam z czytnikiem nad wyżebranym pedeefem, gdzieś tak kole godziny 21, z zamiarem poczytania do północka. Już na pierwszej stronie Maja pobudziła moją ciekawość potrawą z motyli, najwyraźniej żywych. Fuj... A potem było już tylko lepiej. Chichotałam, pokwikiwałam, szczerzyłam się jak głupia do kolejnych wersów, lub oburzałam na niecne praktyki galaktycznego sanepidu, aż raptem stwierdziłam, że po tych wszystkich opisach kulinarnych jestem okropnie głodna. Była trzecia nad ranem... Co za szczęście, że miałam z czego zrobić kanapki. „Grillbar” jest zarazem zabawny i mądry, oraz pełen smaczków dla osób, które lubią sobie pokopać głębiej. Choćby już to, jak się nazywa główny bohater – Hermoso Madrid – daje do myślenia. Jaki rodzic, na Merlina, nadaje dziecku imię Piękny Madryt? A jego starszemu bratu: Museo Vaticano? (Biedny chłopiec...) Pewnie taki, który żyje w społeczeństwie opanowanym nostalgią za „starymi, dobrymi czasami”, skoro bodajże czy nie wszyscy osobnicy rasy ludzkiej mają właśnie takie geograficzne imiona ze Starej Ziemi. Imiona zresztą wydają się pełnić w książce ważną rolę – potomkowie Ziemian są „geograficzni”, żywe kryształy z planety Gemma – chemiczno-geologiczni (jakżeby inaczej), a jaszczurokształtni – bankowo-giełdowi (jak np. pan Nieustający Profit), gdyż ich główne zainteresowania obracają się dokoła pieniędzy. Wegetanie są natomiast naturami prostymi i przybierają sobie imiona od aktualnie wykonywanej czynności. W ten sposób, gdybym była Bulwą, aktualnie nazywałabym się Klepiąca-W-Klawiaturę. Ale do rzeczy. Hermoso Madrid Iven jest kucharzem - więcej, jest szefem kuchni restauracji na skalę międzyplanetarną, co znaczy, że on i jego ludzie potrafią ugotować, usmażyć, zgrillować, upiec wszystko dla każdej rasy zamieszkującej galaktykę. I są z tego cholernie dumni. Kuchnia restauracji „Płacząca Kometa” rozmiarami przypomina fabrykę, a najmniejsza spiżarnia – supermarket. Przez ręce, macki, odnóża oraz pazury kucharzy z „Komety” przepływają najdziwniejsze i najbardziej luksusowe produkty. I co tu kryć, wszyscy oni są świrami (psychopatami i zboczeńcami ;-P). Kiedy w jednej ze spiżarni zalęga się tajemnicze „coś”, nie wzywają brygady deratyzacyjnej, lecz ruszają do boju osobiście, uzbrojeni w tasaki oraz wrzący karmel. A nuż szkodnik okaże się jadalny? „Kosmos jest pełen żarcia” jak mawiał stary mistrz patelni T’fu-k. Alien z grilla... Mniam, mniam... Najbardziej uchichotałam się, wyławiając po kolei – jak grzybki z kapuśniaku – odniesienia do naszej kochanej popkultury, którą wszak wyssaliśmy z mlekiem matki i piwem na konwentach. A obfitość ich jest przemnoga, powiadam wam. Przede wszystkim pełno uciesznych kąsków dla starwarsowców, po drugie: coś dla wielbicieli Obcego, mrugnięcie w stronę mangi i anime (lukiańscy piloci), ukłonik dla Ojca chrzestnego (podany z pieczarkami) oraz trybut dla klasyki, czyli „Zielonej pożywki”. I bardzo-bardzo wyraźne nabijanie się z absurdalnych przepisów UE. A dlaczego „książka o wolności”? Po prostu akcja nie dzieje się wyłącznie w kuchni. Hermoso zostaje zmuszony do ucieczki ze swego gastronomicznego raju. Odkrywa, że został wplątany w globalny spisek, w którym pierwsze skrzypce grają agenci Unii Międzygalaktycznej, próbujący nakłonić cały kosmos do jedzenia ekologicznej, zbilansowanej, dietetycznej i co tu kryć, paskudnej paciai. Razem z Ivenem podrózujemy przez niezwykłe, cudowne, czasem groźne scenerie obcych planet, odkrywając straszliwe tajemnice Śluźni i walcząc o wolność. O wolność jedzenia! Kiedy zdamy sobie sprawę, jak wiele znaczy w naszym życiu i kulturze jedzenie, książka Mai nabiera wymiaru innego, niż tylko komediowy. Jedzenie może mieć wymiar symbolu. Przypomnijmy sobie łamanie się opłatkiem, tradycyjne potrawy na wigilijnym stole, tort weselny, cukierki na Halloween, „szkieletowe” ciasteczka z Peru, ruska wódka rytualnie pita na grobach, witanie chlebem i solą... A nawet to nasze piwo jako tradycyjny napój fantastów, bez którego nie może się obejść żaden, nawet najbardziej prohibicyjny konwent. Jedzeniem można nagradzać, odebranie jedzenia jest karą (do łóżka bez kolacji!) lub aktem wojennego terroru, zaś gotowanie tradycyjnych potraw - wyrazem patriotyzmu. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że do tej Majkowej jadłodajni będę wracać nie raz, dla czystej przyjemności obcowania z tymi wszystkimi ślicznościami. Tylko podczas lektury należy mieć pod ręką talerz z przekąskami, bo strasznie człowiek nabiera apetytu. To ja idę patriotycznie gotować kapuśniak. Pa!
środa, 26 października 2011
Słodka zupa fasolowa
Słodka zupa fasolowa
Była już fasolówka pikantna, to teraz czas na fasolówkę na słodko, która zresztą nie jest tak do końca moim wynalazkiem, gdyż podobnie gotowała moja babcia, kiedy jeszcze miała siłę stać przy kuchni. Oczywiście znów przygotowanie obiadu wyglądało tak, jak najbardziej lubię, czyli było Wielką Kuchenną Improwizacją, gastronomicznym jazzem, Sztuką kompozycji tego, co znajdziemy w lodówce i szafkach. A znalazłam:
1 połówkę cycka kurczęcego zamrożonego na kość Przygarść brukselek niemrożonych Mieszankę warzywną mrożoną, którą nabywam regularnie na wagę w pobliskim Auchanie Woreczek drobnej fasolki białej suchej Masło 3 ziemniaczki Sól, pieprz czarny Cukier, ziele angielskie i liść laurowy śmietana Na szafce walał się też woreczek ze sproszkowanym kardamonem, więc kardamon.
Już poprzedniego dnia odczuwałam niejaki pociąg do fasoli, więc namoczyłam jej nawet sporo (około szklanki) na noc i wpierw ugotowałam w rondelku w osolonej wodzie. Następnie rozmroziłam cycek kurzy (uwielbiam swoją mikrofalówkę z funkcją rozmrażania), pokroiłam na małe kawałki, posoliłam i bezlitośnie obsmażyłam na maśle na patelni, aż do lekkiego zrumienienia, uważając jednakowoż, by masło nie uległo zwęgleniu. W tym czasie lotnie obrałam 3 ziemniaczki i pokroiłam w kostkę. W garnku wylądowało co następuje: fasola, ziemniaczki, garść mieszanki warzywnej z marchewką, ziele angielskie i liść laurowy, obsmażone mięsko oraz woda w ilości takiej, by to całe dobro zakryć. Do ugotowania tegoż wszystkiego potrzeba jakieś 10 minut, w czasie których myjemy i kroimy wzdłużnie na pół brukselkę. Do wrzącej zupy wrzucamy ową brukselkę i gotujemy nie dłużej niż kolejne 10 minut, żeby się nie porozwalała. Bardzo a bardzo tu się przydaje zwykły minutnik. Po czym dosmaczamy zupkę, czyli dosalamy, dodajemy pieprzu i szczyptę (tyle co na końcu noża) kardamonu. Kardamon nie jest konieczny, ale ja miałam, to co mi się ma poniewierać bez pożytku? Do zupy też wsypujemy 2 łyżeczki cukru i całość doprawiamy solidnie śmietaną. A potem już mniam mniam. Zupa wychodzi gęsta, prawie jak eintopt, więc można troszeczkę ją rozrzedzić przegotowaną wodą.
poniedziałek, 24 października 2011
Risotto z curry i brukselką
Risotto z curry i brukselką
Pojedyncza pierś kuraka Masło ¾ szklanki ryżu mieszanego białego i czarnego 3 łyżki stołowe kukurydzy z puszki 10 brukselek Jedna kostka chińskiego rosołku z curry Pieprz, sól 1 łyżka sosu sojowego Garstka kurek lub parę shitake lub innych aromatycznych grzybów (mogą być mrożone)
Mięso pokroić w małe kawałeczki, podsmażać na maśle, lekko posolić. Następnie wsypać na patelnię ryż i około minuty podsmażać, co chwilę mieszając. W tym czasie zalać kostkę rosołkową curry 2 szklankami wrzątku, rozpuścić i dolać sosu sojowego. Zalać bulionem ryż z mięsem na patelni, przykryć pokrywą i dusić na małym ogniu około 10 minut aż ryż wchłonie bulion. W tym czasie przygotować grzyby, umyć brukselkę (większe kapustki pokroić wzdłuż na pół). Jeśli ryż będzie za suchy, dolać troszkę przegotowanej wody. Doprawić ryż pieprzem, dodać kukurydzę, pokrojone grzyby i brukselkę, pomieszać, i dusić kolejne 10 minut pod przykryciem. Ryż powinien być miękki a brukselka lekko chrupiąca. Porcja starcza na 2 osoby. Jeśli nie ma kostki rosołowej z curry, starczy zwykły bulion drobiowy wymieszać z 1 płaską łyżeczką curry w proszku. Na bazie tak potraktowanego kurczaka z ryżem można robić różne rodzaje risotta, zależy co akurat nam się pęta po lodówce. |