CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
środa, 26 listopada 2014
MYSZARIUM

Z jakiegoś tajemniczego powodu znikły z bloga wszystkie zdjęcia myszy, więc wklejam link bezpośrednio do albumu.

czwartek, 06 listopada 2014
Z wojaży wpis bardzo spóźniony

Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej:

Powrót do Czerwonego Miasta.

Pierwszego dnia postanowiliśmy być bardzo dzielne i prosto z lotniska, jeszcze z bagażami udać się do Muzeum Historii Naturalnej, gdyż poprzednim razem dinozaury były w odkurzaniu i należało nadrobić to, co nas ominęło. Tam też miałyśmy się spotkać z Krytykiem – chłopakiem Serathe, który przyjechał wczesniej. Pierwszy szok: Londyn sierpniowy i Londyn wrześniowy to jakby trochę inne miasta. Przede wszystkim wszędzie panował straszny tłok i odniosłam wrażenie, że połowa miasta papla po hiszpańsku i włosku. MHN powitało nas kolejką taką, jaką ostatnio widziałam w latach osiemdziesiątych, kiedy ludzie stali po szynkę na kartki. Szczególne wrażenie zrobiła na nas sugestywna tablica z informacją: „W tym miejscu jesteś 45 minut od wejścia”. Dalej ciągnął się długi pozawijany sznur ludzi pomiędzy stalowymi płotkami, co sprawiało niepokojące skojarzenie, że u celu czeka nas rzeźnia. Jednak udało się wejść po pół godzinie. Wewnątrz znów straszne tłumy, klimatyzacja nie wyrabiała i panował zaduch. Do dinozaurów następna kolejka (!), jednak Serathe inteligentnie zarezerwowała nam wejście przez Internet i pokazawszy wydrukowany „bilet” na konkretną godzinę, dumnie ominęliśmy kolejkę. Szkielety wielkich gadów były rzeczywiście imponujące, chociaż niezbyt dobrze oświetlone, jak na mój gust. Oczywiście był przegląd najpopularniejszych, takich jak stegozaur, iguanodon, velociraptor i rzecz jasna T-rex. Było też kilka gumowych modeli, w dodatku ruchomych. Kości, dioramy gniazd i wylęgających się młodych. To i owo o historii paleontologii. Ogólnie pouczająco i sympatycznie. Największe jednak wrażenie robił mechaniczny tyrannozaur w zupełnie osobnym pomieszczeniu, który ruszał się, ryczał i ogólnie straszył. Był na tyle dobrze zrobiony, że nawet mrugał. Kiedy jednak spojrzałam w te niewielkie oczka, ujrzałam w nich zmęczenie etatowego pracownika, który marzy o przerwie na kawę. Raptem oczy mej wyobraźni ujrzały to zwierzę, jak po wyjściu ostatniego gościa przestaje udawać model, z westchnieniem ulgi odrywa łapy od podłoża, przeciąga się i człapie na zaplecze, mamrocząc: „Niech licho porwie tych Japońców z ich fleszami!”. Tłok, zaduch i ciągłe noszenie plecaka (choć niewielkiego) zrobiło swoje i z każda minutą traciłam zainteresowanie geologią, wulkanami i co tam jeszcze pokazywano. Oczywiście tradycyjnie należało wpaść na zagranicznych wojażach na kogoś znajomego z Polski (patrz zeszłoroczne spotkanie z Kasią na Malcie) i tym razem w holu muzeum zobaczyłam Olę i Sławka z Łodzi. Niezły traf, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że w tym czasie w Londynie odbywał się Worldcon i zjechało na niego mnóstwo fanów. W końcu wszyscy mieliśmy dość i zarządziliśmy ewakuację.

Już na lotnisku odkryłam, że jakimś cudem udało mi się nie zabrać z domu woreczka z kosmetykami, więc potrzeba zakupu szamponu, grzebienia, pasty i szczotki do zębów robiła się dość pilna. Zakupu dokonałam przy placu Piccadilly, przy okazji sprawdzając lokację, znaną mi dotąd tylko z opowiadania „Trzy noce w Nielondynie”. Doznałam rozczarowania, podobnego do tego z zeszłorocznego zapoznania z Trafalgar Square. Jaki tam plac? Placyk. Trójkącik bruku, otoczony zewsząd jezdniami, ściśnięty. Anteros wieńczący fontannę wygląda, jakby chciał wystrzelać wszystkich przechodniów z łuku. A sama fontanna była tak obsiądnięta turystami, że mało co było spod nich widać. Istne stado humanoidalnych gołębi. Nie, Londyn w okresie kanikuły stanowczo nie.

W mżącym deszczu dotuptaliśmy do chińskiej dzielnicy, żeby zjeść coś konkretniejszego. Uwaga, jeśli kelner spyta, czy gość woli danie „na chrupko”, to nie chodzi o mięso, tylko o makaron. Makaronu na chrupko nie polecam, chociaż da się go zjeść.

Old Compton Street była tak samo wesoło gejowska, jak ją zapamiętałam, choć tym razem było więcej par różnopłciowych. Pewnie turyści, zwabieni pikantną sławą tego zakątka. Chyba się rozczarowali, bo ani nie było widać facetów w kieckach i na obcasach, ani nikt się z nikim nie myział publicznie.

Podczas spaceru ulicami wypatrzyliśmy pub „Cross Keys”, który zaraz skojarzył nam się z wiadomym odcinkiem „Sherlocka” i drugi, pod nazwą „10 Cases”. Serathe jednak nieco smutno zasugerowała, że nie są to sprawy (kryminalne) a po prostu skrzynki.

Chłonięcie angielskiej atmosfery jednak łagodziło mnie i prasowało zmarszczki na duszy, mimo tej straszliwej ilości rozmaitych ludzi dokoła. W końcu słońce zaczęło się zniżać, nadszedł czas jazdy do Anerley, gdzie miałyśmy spać u Ewy i Igi. Zaczęło być śmiesznie, kiedy wylądowałyśmy na pętli autobusowej koło Crystal Palace Park i okazało się, że tam już się skończyła mapa i ryczą lwy (brytyjskie). Usiłowałam wysilić pamięć na zasadzie „eee, jakoś tak prosto i potem chyba w lewo”. Poddałyśmy się, kiedy dotarłyśmy do jakiegoś kościoła, a dalej majaczył supermarket. Zadzwoniłam do Ewy i zrobiło się jeszcze śmieszniej, bo nasza gospodyni przyznała, że przeprowadziły się w tę okolicę raptem kilka dni temu i ona sama nie wie, gdzie jest ten kościół. Ostatecznie stanęłyśmy pod dobrze oświetloną stacją benzynową i czekałyśmy, aż Ewa z Igą do nas dotrą. Potem się okazało, że ich domu nie znalazłybyśmy pewnie nawet z mapą, tak pokręcona była numeracja na pół-zamkniętym osiedlu. I tak się zakończył dzień pierwszy.



środa, 09 lipca 2014
Rekin drugiej świeżości

Proszę Szanownych Państwa, jest sobie pewna restauracja. W tej restauracji klient płaci za jedzenie z góry, a nie po spożyciu posiłku. Byłoby to normalne, gdybyśmy mieli do czynienia z budką z fastfoodem, ale jest to jednak restauracja z pretensjami do iluś tam gwiazdek. Tak więc klient płaci z góry przelewem, po czym przychodzi i korzysta z menu. Rozmowa z kelnerem wygląda przykładowo tak:

- Poproszę jajecznicę z kaparami.

- Nie ma.

- Ależ tu jest w menu, o tu.

- Nie ma, bo jest czwartek. A jajecznica z kaparami była w środę.

- Czyli to menu jest nieaktualne? Więc dlaczego je podajecie do wglądu?

- Żeby klient zobaczył, co go ominęło. To mu powinno dać do myślenia.

- W takim razie poproszę pieczeń wołową z grzybami.

- Proszę bardzo, będzie za dwie godziny.

- Dlaczego dopiero za dwie?! Ja jestem głodny w tej chwili! I za dwie godziny mam w planach co innego do roboty!

- Niestety, tak działa nasze menu.

- Nie można przesunąć wołowiny?

- Nie można.

- A co jest dostępne w tej chwili?  

- Tatar z jajami, placek amerykański, budyń malinowy…

- W takim razie poproszę placek, a dla żony… Może placek cygański?

- Nie możemy podać placka cygańskiego, jest przewidziany na osiemnastą czterdzieści, a teraz jest trzynasta zero osiem.

- To co jest?

- Tatar z jajami, placek amerykański, budyń malinowy, pizza z owocami morza, rekin na słodko, lody bananowe, czernina świętego Józefa…

- Tylko nie czernina! Niech będzie rekin.

- Czyli dwa rekiny na słodko…

- Ja zamawiałem placek amerykański.

- Nie możemy podać jednocześnie placka i rekina.

- Dlaczego?

- Niemożliwe z przyczyn technicznych, proszę pana.

- Nie podoba mi się ta restauracja, wychodzę!

- Proszę bardzo. Polecamy się na przyszłość.

- Żądam zwrotu pieniędzy!

- Nie zwracamy pieniędzy, proszę pana. Takie mamy przepisy.

- Przecież nic nie zjadłem!

- Ale mógł pan!

- Ale nie zjadłem.

- Takie mamy przepisy…

- Daj pan te cholerne rekiny!

Kelner znika i po chwili przynosi na talerzach dwie małe porcyjki ryby.

- Dlaczego tak mało?

- Kiedy pan dyskutował o menu, rekin się zdezaktualizował z przyczyn technicznych. Im dłużej zastanawia się klient nad aktualnym daniem, tym bardziej ono się dezaktualizuje. Radzę jeść, nim się zdezaktualizuje do końca. Smacznego.

Para klientów je swoje porcje rekina. Po pięciu minutach nagle pojawia się kelner, wyrywa im gwałtownie talerze sprzed nosa. Przed osłupiałymi klientami pojawia się zespół taneczny, wykonujący numer artystyczny i śpiewający piosenkę o zaletach płynu do czyszczenia toalet. Zespół zostaje wymieniony na panią zwierzającą się z uśmiechem ze swoich problemów z lekkim nietrzymaniem moczu, a następnie dwóch panów w garniturach próbuje naszego klienta namówić na założenie konta w banku, który jest najlepszy na świecie i tylko kompletny łoś z niego nie korzysta. W końcu talerze z rekinem pojawiają się na nowo.

- Czy to było konieczne?

- Takie mamy przepisy.

- Zdecydowanie nie podoba mi się ta restauracja i nie mam zamiaru już nigdy z niej korzystać. A ten rekin był nieświeży!

- Nie szkodzi, proszę pana. Niebawem wejdzie przepis, że każdy powinien wpłacać obowiązkowe sumy na nasze konto dla wspierania polskiej gastronomii.

- Z jakiej racji?! Przecież nie mam zamiaru u was jeść.

- Nie szkodzi. Ale mógłby pan! Takie będą przepisy, a nawet ustawa!

- Takie przepisy kwalifikują się do wymiany! Dlaczego nie mogę po prostu wejść o dowolnej porze, wybrać czegoś, na co mam ochotę i zwyczajnie tego zjeść, bez wydziwiania i bez reklamy Domestosa?

- Bo klienci tak lubią, proszę pana.

- To absurd. Nikt nie może lubić tak idiotycznego i niewygodnego systemu. Do tego podkreślam, że rekin był nieświeży!

- Dostaliśmy rekina drugiej świeżości. A klienci to lubią, bo tak powiedział pan kierownik, a on ma zawsze rację i z panem kierownikiem się nie dys-ku-tu-je.

- Sam sobie złowię i usmażę rybę.

- Samowolne łowienie i smażenie jest jawnym łamaniem przepisów gastronomicznych, a użyczanie ryby (jak również kotleta, jajecznicy, pierogów itp.) osobom postronnym jest zagrożone wysoką grzywną oraz pozbawieniem wolności do lat trzech.

W tle zespół artystyczny wystawia spektakl, w którym Serce i Rozum walczą o plantację pomarańczy.

Kurtyna.



piątek, 27 czerwca 2014
Szydełkowanie miarą wartości człowieka

Niedawno na twarzoksiążce ktoś napisał notkę o tym, że taki jeden nieprzyjemny pan twierdzi, jakoby kobieta w glanach powinna się powiesić, a ktoś inny, iż dziewczyna bez sukienki to babochłop itd. Z twarzoksiążką jest ten kłopot, że notki się gubią i źródła nie podam, ale w każdym (bądź) razie dało mi to do myślenia i spowodowało ciąg skojarzeniowo-myślowo-wspomnieniowy.

Dawno temu, kiedy jeszcze miałam na koncie jakieś skromne opowiadanka wydrukowane w ś.p. Fenixie, darzyło mi się biesiadować przy jednym stole z pisarzem Eugeniuszem D. i dyskusja chyba zeszła na kobiety piszące czy też kobiety w ogóle (po latach pamięć zawodzi). Jednakowoż odezwał się on do skromnej debiutantki w te słowy (cytat niedokładny): „A gotować umiesz?” Zdziwiona, odparłam, że tak, bo co to w końcu za filozofia zrobić ogórkową? „A ciasto upiec?” – indagował dalej. „Umiem” – odrzekłam, bo umiałam, może nie na poziomie zawodowego cukiernika, ale keks, jabłecznik i murzynek nie przekraczały moich możliwości. Robiło się coraz zdziwniej, bo autor „Flashbacka” dopytywał się o moje możliwości w zakresie szydełkowania, haftu krzyżykowego, szycia, robienia na drutach i ogólnie rzeczy uznawanych tradycyjnie za zajęcia kobiece. (Wszystko to miałam jakoś tam opanowane.) W końcu wygłosił patetycznie: „W takim razie możesz zajmować się pisaniem”. Byłam młoda i (jeszcze) dobrze wychowana, więc powiedziałam tylko kwaśno: „Serdecznie dziękuję”. Dziś pewnie zapytałabym zwrotnie czy pan D. potrafi naprawić czołg, albo zaproponowałabym, żeby spadał na bambus i wychędożył się czubkiem. Wiek mi wpłynął bardzo dodatnio na rozwój asertywności.

Kontynuując temat: dawno temu, kiedy jeszcze w ogóle oglądałam telewizję, zdarzyło mi się natrafić na Twoim Stylu program o tytule bodaj czy nie „Damą być”. Nie była to w każdym razie Perfekcyjna Pani Domu. Z zafascynowaniem obejrzałam całość, chwilami zbierając szczękę z podłogi. Założenie było proste: wziąć parę dziewczyn typu „imprezowiczka” i zamknąć je na parę tygodni w oboz… to znaczy w angielskiej rezydencji i poddać tresu… nauczyć być damą. Uff… Nagrodą miał być bardzo piękny, bardzo drogi i czerwony, jak sny kurwy weneckiej, samochód. Znaczy dla tej dziewoi, co się da najlepiej wytresować, tfu, wyszkolić na damę. Z jednej strony kilka wesołych i bardzo kolorowo ubranych dziewczyn, a z drugiej trzy czy cztery panie w identycznych granatowych garsonkach i czółenkach, wystylizowanych na najbardziej ponure angielskie biurwy, jakie święta ziemia nosiła. No i pajechali z tym koksem. W czym się te biedne dziewuszki edukowały? Ano jak chodzić, jak siadać, jak używać miliona pińćset sztućców i jak jeść homara. Jak mówić i jak patrzeć, i nie robić min. Bardzo ważna okazała się umiejętność składania serwetek, upieczenia ciasta cytrynowego, a już kluczowa - wybudowania wieży Babel z miniaturowych bez. Oczywiście obserwowano dziewczyny na każdym kroku, co chwila któraś odpadała z konkursu, a to z powodu zawalenia się stosu ciastek na paterze, a to z powodu tego, że któraś wyrwała się na wieczór do pubu i ośmieliła się tam tańczyć oraz pić piwo. Cały czas miałam nadzieję, że pojawi się tam ktoś z obsady Monty Pythona i potwierdzi moje podejrzenia, że to wszystko jest gigantycznym dowcipem, ale tak się niestety nie stało. Jedna z odrzuconych dziewczyn pokazała paniom kuratorkom gołą dupę przez okno odjeżdżającego samochodu, co było najlepszym momentem programu. O ile pamiętam, nikogo tam nie obchodziło, czy te dziewczyny posiadają umiejętności w rodzaju jazdy na rowerze, tańca dyskotekowego, łowienia ryb albo szycia maskotek. Nikt nie pytał o gusta filmowe, ani o to co lubią. (Założono z góry,  że lubiły latać po pubach i się puszczać). Nareszcie została tylko jedna zwyciężczyni, odebrała zasłużony czerwony kabriolet i odjechała w siną dal, nie oglądając się za siebie. Tyłka nie pokazała, ale idę o zakład, że miała na to wielką ochotę. Podziwiam jej hart ducha, że wytrzymała do końca, zdobyła co chciała i nie wymordowała tych zadufanych kretynek w żakiecikach.

Nikt nie ma prawa wyceniać waszej wartości na podstawie tego, czy umiecie szydełkować. Nikt nie ma prawa gardzić wami z powodu nieumiejętności ustawienia konstrukcji z bez. Nikt nie ma prawa szydzić z was dlatego, że nosicie glany. Niech nikt się nie ośmieli kwestionować waszej wartości jako człowieka tylko dlatego, że nie wiecie, jak się kroi homara albo piecze kruche ciasteczka. A jeśli tak się zdarzy, pokażcie mu dupę i każcie się pocałować.



niedziela, 15 czerwca 2014
Wniosek

Jeśli jesteś ciągle tak zmęczony, że nie jesteś w stanie czytać książek, to tym bardziej jesteś zmęczony na robienie czegokolwiek innego. Innymi słowy: jesteś zbyt zmęczony, by żyć.

środa, 04 czerwca 2014
Ten krępujący moment…

Ten krępujący moment…

Czy ktoś czytał autobiografię Joanny Chmielewskiej i pamięta historię o tym, jak po całej Warszawie poszukiwała kolegi swego syna, niejakiego Klekota? Po czym okazało się, że facet nazywał się całkiem inaczej i nawet bez żadnych zbieżności z bocianem?

Każdy z nas wielokrotnie przeżywa takie sytuacje kiedy jesteśmy przedstawiani jakiejś osobie i 20 sekund później już nie pamiętamy jej imienia. W większości przypadków tego człowieka nie zobaczymy już nigdy w życiu powtórnie, więc nie ma się czym przejmować. Są natomiast okoliczności znacznie bardziej frustrujące i ambarasujące. Mianowicie znamy kogoś od lat, jego sytuację życiową, zwierzaki i zainteresowania, wiemy gdzie mieszka, kojarzymy, o czym rozmawialiśmy ostatnio, widujemy się przynajmniej 2-3 razy do roku, kontaktujemy przez internet i nawet rozmawiamy telefonicznie, po czym pewnego dnia spada na nas potworne olśnienie: Jak ten gość się właściwie nazywa? Bo przecież nie Klekot, Wujo, Nurynka, Karandasz czy Uszatek! Przedstawił się kiedyś, ale to było raz jeden i 5 lat temu! Znacie to?

Rozpaczliwie grzebiemy w pamięci, przeszukujemy stare notesy i archiwa pocztowe, wypytujemy wstydliwie wspólnych znajomych, po czym z gigantycznym wysiłkiem docieramy do informacji, że Sauron w rzeczywistości nazywa się Jasiu Karolak czy coś równie oryginalnego. 

Od 2 tygodni usiłuję sobie przypomnieć, jak się nazywa Chuchacz. Chyba coś na M…



piątek, 30 maja 2014
Czytanie w biegu

Całkiem często podczas rozmów ze znajomymi pada fraza „nie mam czasu na czytanie”. Praca, obowiązki domowe, dziecko, wieczorem człowiek już pada ze zmęczenia i chce tylko spać. Mogę zrozumieć, że na posiedzenie z książką istotnie tę godzinkę trudno wykroić. Ale z drugiej strony czy nie jest to zwykłe usprawiedliwianie niechciejstwa? Widuję przecież ludzi czytających w tramwajach i autobusach. Najczęściej pokonywana przeze mnie trasa liczy sobie około 30 minut, czyli jest to pół godziny czytania – książki papierowej, ebooka na czytniku lub słuchania audiobooka. Jeśli liczyć z drogą powrotną, godzina jak obszył. Wcale niemało. Kiedy jednak o tym wspominam, znów słyszę kontrargument: „Kiedy ja się nie mogę w takich warunkach skupić”. Na Bora Szumiącego, oczywiście, że ideałem jest wygodna kanapa, kocyk, kubek kawy i święty spokój przy lekturze, ale warunki idealne występują mniej więcej tak często, jak białe nosorożce. Jeśli chce się czytać (w ogóle, albo więcej, niż teraz), trzeba się nauczyć chwytania okazji i odporności na bodźce zakłócające oraz podzielności uwagi (żeby nie przegapić swojego przystanku). Przy czym na przegapienie przystanku szanse są minimalne. W ciągu kilku lat dojeżdżania do pracy zdarzyło mi się to dosłownie raz. Jeżeli przez 5 dni w tygodniu codziennie pokonujesz jakąś określoną trasę w ustalonym czasie, to organizm po prostu całkiem szybko utrwala sobie coś w rodzaju wewnętrznego budzika.

Osobiście czytam w środkach komunikacji miejskiej ZAWSZE. Pięć minut można poświęcić na poobserwowanie współpasażerów, gapienie się na krajobraz za oknem znajomy do bólu sensu nie ma za grosz, lepiej ten czas wykorzystać z pożytkiem.

Kiedy pogorszył mi się wzrok, znacznie więcej korzystam z audiobooków, a tych można słuchać wszędzie. I robię to naprawdę wszędzie i w warunkach, jakie inni uznaliby za dziwne: w tramwaju, na ulicy, na spacerze, przy zbieraniu poziomek/grzybów/ziół, przy sprzątaniu i praniu, przy zmywaniu naczyń, na zakupach… Wyłączam na chwilę lektora jedynie wtedy, kiedy muszę się skupić na przeczytaniu etykietki lub już podchodzę do kasy. I nie jest to jakiś niesłychany magiczny talent, właściwy jedynie mnie jednej, tylko umiejętność wyćwiczona. Zaczęło się od tego, że przez całe lata pracowałam rękami jako witrażystka i w tej pracy były etapy nazywane przez nas „robota głupiego”. Po rozrysowaniu szablonu, wycięciu wszystkich szklanych elementów (to wymagało pewnego skupienia), następowało szlifowanie (godzina, dwie przy głośnej maszynie i monotonne ruchy), po czym następowała stuprocentowa „robota głupiego” czyli stos powiedzmy 600 (albo więcej) kawałków szkła, a każdy należało owinąć po krawędzi samoprzylepną taśmą miedzianą. Mniej więcej 5-8 sekund na jeden element – ponad godzina wykonywania niemal identycznych ruchów i patrzenia w jeden punkt. Bliżej autohipnozy nie byłam nigdy w życiu. Właśnie wówczas nauczyłam się jednoczesnego słuchania audycji, a potem nawet oglądania filmów (z lektorem). Czy na początku gubiłam wątki? Oczywiście, lecz alternatywą była śmiertelna nuda. Pamiętacie może stary film z Chaplinem, który dzień za dniem, rok za rokiem przykręcał śruby w fabryce, aż w końcu mu odbiło? No właśnie. A mózg naprawdę jest doskonale przystosowany do wykonywania kilku czynności na raz, inaczej nie potrafilibyśmy jednocześnie iść i mówić. Żaden z moich rozmówców nie przyznał się do tego, że do rozmowy przez komórkę musi zasiąść w dźwiękoszczelnej kabinie bez dopływu bodźców zewnętrznych, inaczej się rozproszy. A jak przychodziło do kwestii słuchania czytającego lektora po drodze do „Biedronki” to już był wielki problem. Zaprawdę powiadam wam, słuchanie Sapkowskiego to nie msza online, można przy tym zmywać naczynia. Serio.



niedziela, 11 maja 2014
Rozważania nad ludowym porno

Z powodu braku telewizora i ogólnej niechęci do TV polskiej ogólnie, nie oglądałam Eurowizji. Jednak pewne wpisy na facebooku nakłoniły mnie do odszukania paru utworów na youtube. Pan/pani Wurst z Austrii narobił/ła zamieszania (swoją drogą osoba, przyjmująca pseudonim sceniczny Kiełbasa, musi mieć spory dystans do siebie). Jak wszyscy początkowo usiłowałam się zorientować, czy tę osobę mam traktować jako kobietę czy mężczyznę, a potem skarciłam sama siebie, że przecież nie chodzi o to, jak ten ktoś wygląda (to nie konkurs na Miss World) tylko jak śpiewa. I wtedy w końcu dotarło do moich uszu, że Wurst dysponuje głosem i śpiewać potrafi. Kiedy będziemy słuchać jej/jego choćby z mp3, czy będziemy ją/jego widzieć? Za cholerę. Więc o co ten szum? Jak się komuś nie podoba kobieta z zarostem, niech zamknie oczy i przestanie marudzić.

Następnie obejrzałam teledysk polski i zbaraniałam. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak toto traktować. Po zamknięciu oczu i odcięciu bodźców wizualnych pozostaje czysty utwór, który mi się bardzo a bardzo nie podoba. Po otwarciu oczu (i wyłączeniu głośników) widzę obrazki, co do których mam uczucia ambiwalentne. Podobają mi się śliczne dziewczyny w ludowych strojach, podoba spódniczka wokalistki, podobają się akcenty humorystyczne. A jednocześnie zachodzę w głowę, jaki diabeł podkusił producenta teledysku, żeby nakręcić soft porno. Tak więc otrzymaliśmy miks trzech elementów, które pasują do siebie nawzajem jak wół, kareta i wibrator w kształcie maselnicy. Pozostaje mieć nadzieję, że jakiś wolontariusz podłoży do tego teledysku jakąś lepszą ścieżkę dźwiękową i będziemy się mogli przynajmniej pośmiać.



wtorek, 29 kwietnia 2014
Przyjemność czekania

Niedawno Zwierz zamieściła trzyczęściową notkę poświęconą technicznej stronie wyjazdu do Londynu. W notce TUTAJ napisała „Jadę do Londynu! Jeśli chcecie spędzić wakacje w Londynie (albo gdziekolwiek na świecie) powinniście myśleć w trybie first minute czyli okrzyk który właśnie wydaliście powinien paść kiedy na ulicach leży śnieg”. I jest to jak najbardziej słuszne. Za mniej więcej trzy miesiące wyjeżdżamy z Serathe ponownie do Londynu i mamy zamiar zwizytować również Dublin za jednym zamachem. Planować zaś zaczęłyśmy… w styczniu. Znaczna część przyjemności pochodzi właśnie z planowania, no i co tu ściemniać, człowiek o skromnych dochodach nie zafunduje sobie takiej wycieczki z jednej (czy dwóch) pensji. To jest jak oczekiwanie na Gwiazdkę (tę prawdziwą, nieskomercjalizowaną). Ważenie w ręku coraz cięższej skarbonki, suwanie palcem po mapie, nanoszenie na listę coraz to nowych punktów, które chce się zobaczyć, sprawdzanie cen, negocjacje i ustalanie noclegów. Niebawem zacznie się polowanie na promocyjne bilety. Kiedy jest się człowiekiem wolnego zawodu (to taki eufemizm na „prawie bezrobotny”) znacznie łatwiej zgrać terminy lotów z urlopem, który można wziąć praktycznie w każdej chwili. Obracanie w myślach takiego marzenia cieszy znacznie dłużej, niż wtedy, gdy po prostu pakuje się walizkę, jedzie na lotnisko i po prostu pakuje do latającego blaszanego pudełka.

Osobną przyjemnością jest lista bagażu. Ustalanie, co i ile się bierze, ile to zajmie miejsca i jak zapakować bagaż podręczny, by nie przekraczał przepisowych wymiarów i wagi. Penetrowanie sklepów, bez pośpiechu i nerwówki, w poszukiwaniu rzeczy najwygodniejszych, najlżejszych i przy tym najtańszych. Wyszukiwanie odpowiednich drobiazgów prezentowych, jeśli się nocuje u znajomych i wypada coś im zawieźć.

Generalnie mamy z Serathe twardą zasadę „jak najwięcej za jak najmniejsze pieniądze”. Co to oznacza w praktyce?

  • zakupienie Oystercard, która daje znaczące zniżki przy przemieszczaniu się po mieście
  • CHODZENIE – spalamy kalorie, zobaczymy więcej niż z okna autobusu, chodzenie jest za darmo
  • wyszukiwanie miejsc, gdzie wstęp jest za free (jest ich całkiem sporo)
  • zabranie kompaktowego i niepsującego się jedzenia z Polski; jeśli jadamy w lokalach to tam, gdzie konkretna porcja kosztuje najwyżej 5 funtów

 

Warunki irlandzkie nie są nam jeszcze znane, ale zapewne większość zasad da się zastosować również tam. Już się nie mogę doczekać.



czwartek, 10 kwietnia 2014
Jaki jest koszt śmierci w Polsce?

Jaki jest koszt śmierci w Polsce?

W sobotę zmarła moja Babcia. Przeżyła dokładnie 99 lat i 1 miesiąc. Kobieta o silnym charakterze, który po niej odziedziczyłam, zdolna kucharka i dobra gospodyni. Przez ponad pół wieku – wdowa. Przeżyła męża i trzy ze swoich czterech córek. Ostatnie miesiące życia spędziła, niestety, w szpitalu i zakładzie opiekuńczo-leczniczym w Pasłęku – ciężka choroba nie pozwoliła jej na pozostanie w domu. Personel w pasłęckim ZOL-u był przemiły, panie z Urzędu Miejskiego również, natomiast schody rozpoczęły się wtedy, kiedy z mamą zaczęłyśmy załatwiać niezbędne sprawy w Elblągu. Niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego firma pogrzebowa żąda ponad 600 zł za drewnianą urnę, która jest niczym innym, jak po prostu pomalowanym farbą pudełkiem? Dlaczego domaga się 300 zł za „przeniesienie ciała na noszach”? I drugie 300 za „uroczystą eksportację do miejsca pochówku” co oznacza tylko tyle, że pan w czerni bierze to pudełko w ręce i niesie kawałek po cmentarzu? Rachunek za naprawdę skromny pogrzeb w mieście, które bynajmniej nie jest metropolią, przekroczył wysokość zasiłku wypłacanego przez MOPS. Ale mniejsza z tym, wiadomo, że biznes jest biznes.

Potem przyszło najgorsze, czyli procedury kościelne.

Katolicy w naszym kraju mają to nieszczęście, że są przypisani do konkretnej parafii jak chłop pańszczyźniany. Zezwolenie na pochówek w innej parafii jest zależne od widzimisię proboszcza oraz wysokości haraczu, jaki mu się wręczy. Zapomnijcie o tradycyjnym „co łaska”. Proboszcz z parafii św. Wojciecha przy ul. Podgórnej ma ustalony cennik. Msza z trumną – 700 zł, msza bez trumny – 550 zł. Ceny nie podlegają negocjacji. Jednak „bez trumny” nie oznacza automatycznie „z urną”. Urnę z prochami mojej Babci proboszcz zabronił kategorycznie wnosić do kościoła, podniósł głos i grzmiał tak, jakby była to zbrodnia. Na nieśmiałą sugestię, że może w takim razie w innej parafii, w ogóle nas zakrzyczał. Wpisał w końcu dane do ksiąg, ustaliliśmy godziny mszy i wyprowadzenia prochów z przycmentarnej kaplicy. Zainkasował pieniądze, przeliczył i schował do kieszeni. Pokwitowania nie dostałyśmy, choć powinien takie wystawić, skoro nie był to datek dobrowolny a normalna opłata wg cennika. Na pytanie, czy ksiądz, który będzie odprawiał mszę, nie powinien wiedzieć cokolwiek o zmarłej, zostałam skarcona, że nie, bo oni mają swoje własne tematy misyjne. Po czym proboszcz wstał i bez słowa pożegnania podszedł do szafy z dokumentacją, dając do zrozumienia, że „audiencja” skończona. Moja mama nie doczekała się ani wyrazów współczucia, choćby zdawkowych, ani „z Panem Bogiem”. Bóg widocznie kancelarię tego kościoła starannie omija i raczej mu się nie dziwię.

Msza żałobna była ustalona na godzinę 13:00. O 13:12 księdza nadal nie było, pojawił się spóźniony o pół godziny. Młody i zakatarzony. Odbębnił tradycyjne formułki, co rusz siąkając nosem i mamrocząc tak, że z trudem rozumiałam, co mówi. Szast, prast, trzydzieści minut z zegarkiem w ręku. Tematu misyjnego nie zauważyłam. Za to odniosłam silne wrażenie bylejakości, olewactwa i lekceważenia wobec wiernych. Nie tylko ja zresztą.

Do kaplicy na szczęście zasmarkany młodziak się nie spóźnił, za to mylił się, zacinał i mamrotał tak, że miałam ochotę nim potrząsnąć. A już nad otwartym grobem – przysięgam, że to prawda - wytarł nos rękawem. Skończył, grabarze nałożyli płytę i zaczęli układać kwiaty, a ksiądz po prostu się odwrócił i poszedł. Ani „zostańcie z Panem Bogiem”, ani „do widzenia”, ani „pocałujta w dupę wójta”. Widocznie w św. Wojciechu jest to całkiem normalne zachowanie kapłanów. Przykład idzie z góry, a w tym wypadku góra jest chamska.

To był ostatni kontakt mojej mamy z kościołem katolickim. Żadnych mszy, żadnego dawania na tacę, żadnej kolędy. Na swoim pogrzebie też sobie nikogo z KK nie życzy. Myślę, że do Boga drogę znajdziemy prędzej same, bez takich „przewodników”.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 36