|
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
1. Moje Zakątki Hobbystyczne
2. Profesjonalia
3. Odnoga Od Tego Bloga
4. Życiorysy
5. Pasjonaci
6. Literaturki
7. Ciekawostki ze świata i półświatka
8. Uobrazecki
9. Magazyn notek - stare archiwum
|
poniedziałek, 01 lutego 2010
O bazgraniu na literaturze
Z racji tego, że jestem winna paru przyjaciołom po książce, dopadła mnie myśl dotycząca dedykacji. Nie raz i nie dwa na takie dedykacje natrafiałam w pozycjach antykwarycznych. Niektóre nawet są cenne i stanowiły dla mnie miłą niespodziankę – wpis w „Emilu i detektywach” od dawno już zapewne nieżyjącego tłumacza, autograf autora w „Zarysie historycznym literatury dla dzieci i młodzieży” (1927 rok) albo domniemany i wciąż jeszcze wymagający weryfikacji podpis tłumaczki na tomie Strugackich. Jednak w przeważającej większości są to jednak kulfony typu „od Tadzia dla Zosi na Gwiastkę”, albo „Kasi Nowak za wzorowe zachowanie na koloniach letnich” i pieczątka. Są takie osoby, dla których pisanie po książce jest świętokradztwem, innym to powiewa swobodnie, a jeszcze inni się domagają. Czyli pisać czy nie pisać? Dedykować czy nie dedykować – oto jest pytanie? Bo wszak bywają takie sytuacje, kiedy obdarowany szczerze się ucieszy, a bywa też, że prezent przyjmie, podziękuje, ale na półce już ma taki sam. I wtedy co? Albo mu się książka nie spodoba, ale przecież tylko chamowi przejdzie przez gardło: „Tego nie chcę, daj mi co innego”. Wówczas taki prezent staje się mathomem (czyli rzeczą do przekazania dalej, copyright by Tolkien) i dedykacja tylko przeszkadza. Doszłam do wniosku, że dedykacje należałoby dołączać na osobnej estetycznej karteczce, a bezpośrednio na stronę przedtytułową wpisywać jedynie na wyraźne życzenie odbiorcy. A co myśli reszta świata?
wtorek, 19 stycznia 2010
Za dużo książek...
Odbyłam dziś rozmowę z pracownicą pewnego wydawnictwa i naturalnie w pewnej chwili padło sakramentalne: „To ja pani przyślę...”, a ja zamiast odpowiedzieć: „Bardzo dziękuję, nie trzeba” naturalnie rzekłam tylko „Bardzo dziękuję”. Jak zawsze w takich wypadkach zabetonowało mi gardło. Nie jestem w stanie NIGDY odmówić, kiedy mi się proponuje książkę. Musiałaby być to jakaś monstrualna pozycja, żebym się na to zdobyła, i na razie nie przychodzi mi na myśl nic poza dziełami Lenina. A że dzieł Lenina nikt mi jak dotąd nie proponował, regały zalegają mi zwały literatury, jak warstwy geologiczne, brakuje tylko kości mamuta. Rozstaję się z dobrami książkowymi niechętnie, z oporami i nigdy, absolutnie nigdy nie wyrzuciłam niczego na śmietnik. Wydaje mi się to większym świętokradztwem niż naplucie na flagę państwową. Ale nastała TA chwila i w imię borze rozpakowałam karton z odłożonymi pozycjami, których już na pewno nie przeczytam powtórnie albo są zdublowane. Część wystawiłam na allegro z nadzieją, że ktoś się nimi zaopiekuje http://allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=428165 Spis reszty wywieszam tutaj. Jeżeli kogoś coś zainteresuje, odpowiem na pytania dotyczące wydania, stanu, oprawy i ceny (raczej niskiej lub nawet zerowej w paru przypadkach), a nawet wyślę zdjęcie.
sobota, 16 stycznia 2010
O tym jak Aleks z Toroj po allegro chodziły
Na finał WOŚP zawsze było nam jakoś nie po drodze – bo to i zima, i daleko, i człowiek w niedzielny wieczór woli raczej posiedzieć w domu. Za to załatwiałam patriotyczny obowiązek poprzez allegro, albo coś sprzedając, albo kupując, albo jedno i drugie. I tak pewnego wieczoru parę dni temu siadłyśmy z koleżanką Aleks, każda przed swoim kompem i zaczęłyśmy szukać czegoś, co by mieściło się w ramach naszych możliwości finansowych i w ramach gustów. Niestety, większość dostępnych przedmiotów była: a/ za droga, b/ za brzydka, c/ zupełnie nam niepotrzebna. A w pewnej chwili Aleks podrzuciła mi linka z komentarzem: „No sama zobacz. Co to ma być?” Zobaczyłam. Istotnie: WTF? Naszła mnie refleksja (nie po raz pierwszy), że wśród wystawców na Allegro WOŚP da się ustalić nawet dość wyraźne kategorie. 1. elita – czyli wszelkie gwiazdy pokazujące się w tv, których gadżety chodzą za niebotyczne sumy i zwykły śmiertelnik może sobie na nie jedynie popatrzeć (nawiasem, portfel Wałęsy, gacie Tuska czy czapka włóczkowa Małysza nie są mi kompletnie potrzebne do szczęścia) 2. szlachetni – czyli ci, którzy prywatnie wystawiają ładne i wartościowe rzeczy, biorąc na siebie także koszty wysyłki 3. szlachetni drugiego sortu - czyli ci, którzy wystawiają ładne i wartościowe rzeczy, kosztami pocztowymi obciążając kupującego 4. sprzątacze – czyli ci, którzy z okazji wośp robią porządki w domu, wystawiając na allegro wszystko co im zawadza, jest stare, niemodne lub podniszczone (w tym roku spore wrażenie zrobił na mnie wyszczerbiony kubek z kwiatkiem) 5. dowcipnisie – w sumie ulubiona przeze mnie kategoria, bo można tam obejrzeć naprawdę odjechane rzeczy, pomysły wdzięczne i zabawne w rodzaju: „kup pan cegłę”, „kilo powietrza z dostawą gratis”, „kot w worku”, „pudełko z tajemniczą zawartością”, „pozmywam ci naczynia” lub „grosz na szczęście” albo „dziurka od klucza” 6. skrajnie oszczędni wzruszacze – ci wystawiają zwykle tapety z kotami, pieskami, dziećmi i mikroskopijnym kosztem własnym ciułają złotówki, wysyłając owe tapetki licytatorom A tu Aleks wynalazła kogoś, kto nie pasował do żadnej z powyższych kategorii! Paniusia wystawiła okazałą aukcję z jakąś biżuterią, kolczyki to były, antyalergiczne, i jakieś generalnie wypasione, nie pomnę niestety ceny, jakiej sobie zażyczyła. A na końcu opisu, wychwalającego towar, następujące zdanie: „Kolczyków nie wysyłam. Jak ci się to nie podoba, to nie licytuj”. I teraz pada pytanie: co to właściwie miało być? Elity nawet nie rozpatrujemy, jak również w przedbiegach odpadają szlachetni, sprzątaczka też nie, gdyż towar był dobrej jakości, wzruszaczka tyż nie, bo nie wiem jak wy, ale ja się kolczykiem nie wzruszę, dowcipna także nie, bo jakoś dowcipu tu nie widzę nawet przez lupę. Jeżeli kupujesz dziurkę od klucza, to wiadomo, że bierzesz udział w żarcie o zasadach jasnych dla obu stron. Jeżeli kupujesz badziewnego porcelanowego słonika, to masz wybór: pozostawić go do drugiej licytacji, albo zażyczyć sobie wysyłki do domu (może akurat jesteś kolekcjonerem słoników, twój biznes) – niemniej masz wybór. Jak licytujesz tapetę z kotkiem, albo przepis na pierniczki to te rzeczy otrzymasz co prawda mailem, ale otrzymasz. W zeszłym roku zlicytowałam w podobny sposób puszkę whiskasa i myszkę na sznurku od Rudiego i Torki, ale byłam gotowa te przedmioty uczciwie wysłać pocztą bez żadnego szachrajstwa. Umowa jest umową. Aukcja z kolczykami wymyka się z wzorców i doszłyśmy do wniosku, że była to po prostu zakamuflowana reklama towaru, dostępnego na allegro „zwykłym”. Pozostaje tylko dołożyć jeszcze jedną kategorię: 7. skąpiec naciągacz
środa, 13 stycznia 2010
O rozpierniczonym zegarku i o tym, jak człowiek nie może zostać Muminkiem
Mój zegarek wewnętrzny już się nawet nie przestawił – on się rozsypał w drobny mak, roniąc zębatki po wszystkich kątach życiorysu. Wcześniej była to jeszcze w miarę normalna nienormalność: szłam spać o 4-5 nad ranem, wstawałam o 12-13 czyli przesypiałam te circa ebaut 8 godzin, pod wieczór ucinałam drobną drzemkę i znów egzystowałam do świtu. Ostatnio mechanizm ten rozsypał się spektakularnie. Przestałam panować nad tym, kiedy, jak i ile śpię. Przykład z ostatniej doby: 22:30 ewidentnie mnie zamula, czyli należy się położyć; świetnie, jutro wstanę wcześniej, pomyślałam w naiwności swojej; jak Bóg przykazał w piżamce pod kołderkę... po czym budzę się po około dwóch godzinach, wyspana, ale nie na tyle, żeby mieć wenę do pisania. Wyciągam jakąś zaległą lekturę i czas do 6 rano spędzam w towarzystwie elfów i orków. Likwiduję w komórce budzenie, idę spać. O 8:00 budzi mnie telefon, milknie nim zdążyłam odebrać. Po kwadransie dzwoni znowu i muszę odpowiadać na idiotyczne pytania jakiegoś chłoptasia z banku, który się zagubił w moim kwestionariuszu. Wściekła, usiłuję zasnąć ponownie. O 9:00 wywleka mnie z łóżka sąsiad z problemem, że na klatce chyba czuć gaz. Ja nic nie czuję, ale ja nie mam węchu z powodu przewlekłej alergii. Zamykam drzwi, powłócząc nogami kieruję się w stronę łóżka. 11:00 – chaotyczne popiskiwanie domofonu, jakieś głosy na korytarzu, ktoś z kimś konferuje. Mam ochotę owinąć się materacem i obudzić się dopiero w kwietniu, jak Muminek, ale przypominam sobie, że Smok czeka na jakąś przesyłkę. Może listonosz? Otwieram drzwi w eleganckim stroju, złożonym z bawełnianych kalesonków w owieczki i wściekle różowej koszulki, z fryzurą typu „piorun w mietłę”. Dzień dobry wiosno, panowie monterzy od tego gazu co to się niby ulatnia. Nie mogą znaleźć gazu i są zdezorientowani. Wyjaśniam, że gaz mamy tylko w ogrzewaniu. Nie wiem, czy zrozumieli, ale widzę, że wygląda sąsiadka, więc wycofuję się. Ja się skończyła sprawa gazu, nie wiem, ale jeszcze nie wylecieliśmy w powietrze, więc chyba pozytywnie. 11:05 – jak mnie ktoś jeszcze raz obudzi, to mu nakładę po ryju. Koty chyba wyczuwają moje nastawienie, bo są wręcz niewidzialne. Wstaję o 14:00, kiwam się nad kawą, patrząc na otwartego worda z rozpoczętą powieścią. Wykonuję jakieś czynności domowe, myję naczynia, smażę klopsy itp. Kolacja, szósta wieczorem – chce mi się spać. Zrezygnowana, zalegam pod kocem, po godzinie budzi mnie wracający z pracy Smok. Dosypiam dalszą godzinę, wstaję, zaczynam pisać tę notkę. Ciekawe co będzie dalej. Czy w ten sposób może się objawiać depresja zimowa? Ma ktoś jakiś pomysł jak się znów uregulować? * Do skandalu z powodu pobicia proboszcza nie doszło. W samą porę pojawił się kolega Pipok i uświadomił mnie, że karteluszka należy sobie wetknąć (w drzwi, bez niedomówień) i tam gdzie jest karteluszek to „oni” nie pukają. Wetknęłam i istotnie nie pukali. A byłaby taka ładna awantura...
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Przyjęcia i "przyjęcia"
Szanowni Państwo! Dnia 12.01.2010 w godz. 17.00 – 18.00 odbędzie się wizyta duszpasterska czyli kolęda. Przyjęcie zawiadomienia uważać będziemy za zaproszenie. Proboszcz (plus pieczątka z adresem i telefonem) Takiej treści karteczkę znalazł Smok, wracając do domu z pracy. Zaznaczam, że cały dzień byłam w domu, bo sypiący śnieg nie zachęcał do spacerów gdziekolwiek. Tak więc powstaje pytanie, czy wyjęcie tego świstka z drzwi, wetkniętego tam zupełnie bez mej wiedzy i zgody, uznane zostanie za „przyjęcie”? Dowiem się jutro między 17.00 a 18.00 i nie omieszkam zawiadomić zaciekawionych czytelników bloga.
niedziela, 10 stycznia 2010
Nocny wokal
4:30 – Drapanie do drzwi, 3 sekundy przerwy, drapanie, 2 sekundy przerwy... Jestem twarda. 4:32 – Mrriau? Drap, drap, drap. Mrrri? DRAP DRAP DRAP! Mrrriii! Zachowuję stoicki spokój, podobnie jak śpiący koło mnie Rudi, któremu chyba nawet ucho nie drgnęło. 4:33 – Chwila przerwy, orientuję się, że mam napięte wszystkie mięśnie, więc je odpinam, jeden po drugim. 4:34 – Ponowne drapanie, ale już z o wiele mniejszym zapałem. „Naucz się skakać na klamkę, koleżanko” – myślę niepedagogicznie. Nareszcie koniec występu, zakończony potężnym trzaskiem, jakby coś skądś zleciało. Przychodzi mi na myśl pudełko z chrupkami, przechowywane na lodówce, ale nie ruszam się. „A zeżryj i niech ci zaszkodzi” – myślę, odwracając się na drugi bok i odpływam znowu w krainę snów. Nie pamiętam, co mi się śniło, ale raczej nie był to niebieskoskóry Jake Sully, a szkoda. Najłatwiej byłoby wstać, otworzyć drzwi, wpuścić kocicę i nie narażać drewna na niszczenie pazurami, a siebie na występy wokalno-perkusyjne. Ale...! ale z natury jestem leniwa i przekorna, poza tym listwa drzwiowa i tak jest już posiekana, więc jedna czy dwie rysy więcej nie robią już żadnej różnicy. Po trzecie, kota miała tam do wyboru dwa miękkie legowiska, miskę chrupek, wodę i wolny dostęp do kuwety. Czemu się pchała do mojej sypialni? Bo tak. I gdybym wstała, żeby ją wpuścić, dam głowę, że najdalej za dwa dni znów by jej się uwidziało wchodzenie lub wychodzenie, a numer z drapaniem wszedłby na stałe do jej repertuaru. Bo skoro zadziałał, to czemu nie stosować? Torka jest inteligentna. Na szczęście jestem inteligentniejsza od kota. Za pięć czy sześć minut wytrzymywania rujnacji i darcia mordy kupiłam sobie święty spokój na ładne parę tygodni. Sytuacja mniej więcej jak z dwuletnim dzieckiem. Ale z kotami jest znacznie łatwiej. Nie rozumiem, dlaczego niektórzy wolą dzieci od kotów. * Śnieg przed domem sięga już do pół łydki, a z nieba nadal sypie biała kasza na zmianę z białymi piórkami. Gdzie to globalne ocieplenie?
wtorek, 29 grudnia 2009
O gwiazdkach i avatarach
Będzie trochę chaotycznie. Po pierwsze, ostatecznie zacementował się we mnie pogląd, że święta bożego narodzenia w wykonaniu rodzin mojej i Smoka to już nawet nie jest zachowywanie pozorów. Pozory poszły się paść. Ja, stuprocentowa agnostyczka, otrząsająca się odruchowo na hasło „katolicyzm”, musiałam przypominać, że należy się podzielić opłatkiem nim się rzuci na pierogi i śledzia. Własną ręką też włączałam światełka na choince, zlekceważonej kompletnie przez resztę populacji. Czy ogólnie standard: zero kolęd, zero gwiazdkowości, prezenty plus żarcie. Czy może raczej żarcie, żarcie, żarcie... i prezenty. Dostaliśmy wielgachny talerz do pizzy, który nie mieści się nam w żadnej szafce, jakieś kosmetyki, stolnicę zwijaną w rulonik, słodycze, a ja osobiście bombkę gotycką – czyli czarną jak serce Voldemorta (w złoty wzorek i z naklejanymi szkiełkami), bardzo oryginalna rzecz. Koty dostały pod choinkę dwie puszki tuńczyka. A potem aż do niedzieli oglądaliśmy ze Smokiem w zaciszu domowym wszystkie Harry Pottery hurtem od 1 do 6, niszcząc świąteczne zapasy. Jakiś czas nie będę mogła spojrzeć na sałatkę jarzynową, to pewne. Kabanosy pepperoni skończyły się już w Boże Narodzenie... następnym razem kupię kilogram, a nie pół. * Dokładnie 26 wybraliśmy się do kina na „Avatara”. No cóż, ci od marketingu, głoszący, że to rewolucja w kinie 3D, niewiele przesadzają. Fabuła jest prosta jak kij od miotły, ale niedenerwująca i spokojnie można iść na to z dzieckiem lat powiedzmy 10. Takie coś między Pocahontas a Tańczącym z Wilkami, ale nie o to chodzi. Chodzi o świat. Zakłada człowiek te okularki i włazi w dżunglę Pandory. A tam wszystko rośnie bujnie, lata, brzęczy, łazi, pełza, biega, i chce cię zeżreć... Latają jakieś smoki, łażą takie niebieskie kolesie z ogonami – i kudy tam do nich gumiastym kosmitom ze Startreka! Bez picu, to wszystko jest żywe, prawdziwe, bez śladu komputera. Magia, panie i panowie, magia. Czyli generalnie nie ma co iść na „Avatara” na płaski ekran, bo to co najważniejsze człowieka wtedy ominie. No chyba, że ma się problem z oczami, silny astygmatyzm i problemy z widzeniem obuocznym, które jest niezbędne w strzelaniu z łuku, szermierce i oglądaniu „magicznych” obrazków. Wtedy faktycznie nie ma sensu wydawać kasy na coś, czego się i tak nie skorzysta. Podsumowując, Cameron wrócił w wielkim stylu. No! * Poza tym ukończyłam redakcję takiej jednej piknej książeczki i na Łączce Kłapouchego pojawił się w związku z tym nowy wpis. Całości podzieliłam na 3 części, bo jedna notka nie obejmie tych wszystkich bredni. Zaiste, ustanowiono nowy kłapouchy rekord. Oraz zajęłam się we własnym zakresie tłumaczeniem napisów do serialu Kobieca Agencja Detektywistyczna nr 1 – w związku z tym, że są osoby, które nie potrafią dotrzymywać obietnic. Pierwsze rezultaty jeszcze dzisiaj na moim chomiku. Pozdrawiam wszystkich Noworocznie!
środa, 23 grudnia 2009
O komforcie psychicznym w okolicach chujanki
Nie mam posprzątane na święta. Nie i już, trudno. Jakoś tak jest zawsze, że lwią część umysłu mam w grudniu zaprzątniętą prezentami – co dla kogo, żeby nie za drogo, żeby nie za tanio i byle jak, i żeby prezent był dobrany a nie wymuszony – oraz żarciem. Specjalnie kupiłam ponad pół kilo ukochanych kabanosów pepperoni, żeby wytrzymały moje łakomstwo przynajmniej do wigilii. Udało się, parę jeszcze jest. Nie udało się z mandarynkami, trzeba było dziś donabyć, ale tu udział w zniszczeniach miał Smok. Poza tym sałatka, druga sałatka, jakieś wędliny, ser (dużo sera), schab upieczony, pierniczki upieczone w większej ilości. Dla kotów tuńczyk. To i owo do pochrupania. „Chujanka” (copyright by Robal) stoi z wymienionymi lampkami made in china. Obrus wyprasowany, koty wyczesane. Wszystko all right, jak u pingwinów z Madagaskaru. I tylko nie udało się odkurzyć, ani przetrzeć podłóg, bo już nie starczyło nam pary, a w wigilię trzeba się zebrać bladym świtem i jechać do rodziny 90 kilosów dalej. A skoro stan podłogi nie spędzał mi dotąd snu z powiek, to czemu miałby spędzać teraz? Nie jem wszak z podłogi tylko ze stołu, a na stole mam czystą serwetę i to nawet zupełnie nową. Plus serwetki w motywy kojarzone ze zgniłym Zachodem, czyli ostrokrzew i małe mikołajki. I naprawdę dziękuję łaskawym niebiosom, że nie mieszkam z rodziną, bo pewnie już wczoraj trafiłby mnie szlag najjaśniejszy z powodu tego okołoświątecznego szaleństwa, jakie się kotłuje w pewnym oddaleniu ode mnie. W każdym razie tak wnioskuję na podstawie wypowiedzi koleżanek, z rzadka wpadających na czata w celu odreagowania chrześcijańskiej miłości bliźniego, by nie zatłuc ojca/matki/męża/rodzeństwa/babci (skreśl niepotrzebne) surowym karpiem. A ja mam luzik. I kłaki na dywanie. ^______^
piątek, 04 grudnia 2009
Wampiryzm na użytek domowy
Stałam się wampirem, choć mnie nic nie ugryzło, ani nawet nie zapatrzyłam się na wątpliwej urody klatę Edzia z Twilight. Objawy następujące: długi czas wegetacji, do 4-5 nad ranem, następnie głęboki letarg do godziny 13-14, potem zaś powolne dochodzenie do siebie nad kawą pseudokofeinową. Pracuję. Trzeba w końcu napisać tę cholerną książkę i ogólnie zarobić. Kiedy nadrobię tak zwane życie, nie wiem. Pewnie wiosną. Ostatecznie moja przyjaciółka o wiele mówiącym nicku Nocna_Mara żyje identycznie - w gdozinach wieczorno-nocnych, jak gacek. Z nowości, pojawiła się nareszcie moja pierwsza przetłumaczona własnołapnie i własnoocznie książka. Zostałam oficjalnie tłumaczką tadaaammmm!
Ponadto Sklepik na Pokątnej znów ejst otwarty z okazji nadciągających świąt i można się w nim zaopatrzyć w biżuterię mojej własnołapnej produkcji. TU http://allegro.pl/show_user_auctions.php?uid=428165
środa, 28 października 2009
|