CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Z wojaży wpis bardzo spóźniony

Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej:

Powrót do Czerwonego Miasta.

Pierwszego dnia postanowiliśmy być bardzo dzielne i prosto z lotniska, jeszcze z bagażami udać się do Muzeum Historii Naturalnej, gdyż poprzednim razem dinozaury były w odkurzaniu i należało nadrobić to, co nas ominęło. Tam też miałyśmy się spotkać z Krytykiem – chłopakiem Serathe, który przyjechał wczesniej. Pierwszy szok: Londyn sierpniowy i Londyn wrześniowy to jakby trochę inne miasta. Przede wszystkim wszędzie panował straszny tłok i odniosłam wrażenie, że połowa miasta papla po hiszpańsku i włosku. MHN powitało nas kolejką taką, jaką ostatnio widziałam w latach osiemdziesiątych, kiedy ludzie stali po szynkę na kartki. Szczególne wrażenie zrobiła na nas sugestywna tablica z informacją: „W tym miejscu jesteś 45 minut od wejścia”. Dalej ciągnął się długi pozawijany sznur ludzi pomiędzy stalowymi płotkami, co sprawiało niepokojące skojarzenie, że u celu czeka nas rzeźnia. Jednak udało się wejść po pół godzinie. Wewnątrz znów straszne tłumy, klimatyzacja nie wyrabiała i panował zaduch. Do dinozaurów następna kolejka (!), jednak Serathe inteligentnie zarezerwowała nam wejście przez Internet i pokazawszy wydrukowany „bilet” na konkretną godzinę, dumnie ominęliśmy kolejkę. Szkielety wielkich gadów były rzeczywiście imponujące, chociaż niezbyt dobrze oświetlone, jak na mój gust. Oczywiście był przegląd najpopularniejszych, takich jak stegozaur, iguanodon, velociraptor i rzecz jasna T-rex. Było też kilka gumowych modeli, w dodatku ruchomych. Kości, dioramy gniazd i wylęgających się młodych. To i owo o historii paleontologii. Ogólnie pouczająco i sympatycznie. Największe jednak wrażenie robił mechaniczny tyrannozaur w zupełnie osobnym pomieszczeniu, który ruszał się, ryczał i ogólnie straszył. Był na tyle dobrze zrobiony, że nawet mrugał. Kiedy jednak spojrzałam w te niewielkie oczka, ujrzałam w nich zmęczenie etatowego pracownika, który marzy o przerwie na kawę. Raptem oczy mej wyobraźni ujrzały to zwierzę, jak po wyjściu ostatniego gościa przestaje udawać model, z westchnieniem ulgi odrywa łapy od podłoża, przeciąga się i człapie na zaplecze, mamrocząc: „Niech licho porwie tych Japońców z ich fleszami!”. Tłok, zaduch i ciągłe noszenie plecaka (choć niewielkiego) zrobiło swoje i z każda minutą traciłam zainteresowanie geologią, wulkanami i co tam jeszcze pokazywano. Oczywiście tradycyjnie należało wpaść na zagranicznych wojażach na kogoś znajomego z Polski (patrz zeszłoroczne spotkanie z Kasią na Malcie) i tym razem w holu muzeum zobaczyłam Olę i Sławka z Łodzi. Niezły traf, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że w tym czasie w Londynie odbywał się Worldcon i zjechało na niego mnóstwo fanów. W końcu wszyscy mieliśmy dość i zarządziliśmy ewakuację.

Już na lotnisku odkryłam, że jakimś cudem udało mi się nie zabrać z domu woreczka z kosmetykami, więc potrzeba zakupu szamponu, grzebienia, pasty i szczotki do zębów robiła się dość pilna. Zakupu dokonałam przy placu Piccadilly, przy okazji sprawdzając lokację, znaną mi dotąd tylko z opowiadania „Trzy noce w Nielondynie”. Doznałam rozczarowania, podobnego do tego z zeszłorocznego zapoznania z Trafalgar Square. Jaki tam plac? Placyk. Trójkącik bruku, otoczony zewsząd jezdniami, ściśnięty. Anteros wieńczący fontannę wygląda, jakby chciał wystrzelać wszystkich przechodniów z łuku. A sama fontanna była tak obsiądnięta turystami, że mało co było spod nich widać. Istne stado humanoidalnych gołębi. Nie, Londyn w okresie kanikuły stanowczo nie.

W mżącym deszczu dotuptaliśmy do chińskiej dzielnicy, żeby zjeść coś konkretniejszego. Uwaga, jeśli kelner spyta, czy gość woli danie „na chrupko”, to nie chodzi o mięso, tylko o makaron. Makaronu na chrupko nie polecam, chociaż da się go zjeść.

Old Compton Street była tak samo wesoło gejowska, jak ją zapamiętałam, choć tym razem było więcej par różnopłciowych. Pewnie turyści, zwabieni pikantną sławą tego zakątka. Chyba się rozczarowali, bo ani nie było widać facetów w kieckach i na obcasach, ani nikt się z nikim nie myział publicznie.

Podczas spaceru ulicami wypatrzyliśmy pub „Cross Keys”, który zaraz skojarzył nam się z wiadomym odcinkiem „Sherlocka” i drugi, pod nazwą „10 Cases”. Serathe jednak nieco smutno zasugerowała, że nie są to sprawy (kryminalne) a po prostu skrzynki.

Chłonięcie angielskiej atmosfery jednak łagodziło mnie i prasowało zmarszczki na duszy, mimo tej straszliwej ilości rozmaitych ludzi dokoła. W końcu słońce zaczęło się zniżać, nadszedł czas jazdy do Anerley, gdzie miałyśmy spać u Ewy i Igi. Zaczęło być śmiesznie, kiedy wylądowałyśmy na pętli autobusowej koło Crystal Palace Park i okazało się, że tam już się skończyła mapa i ryczą lwy (brytyjskie). Usiłowałam wysilić pamięć na zasadzie „eee, jakoś tak prosto i potem chyba w lewo”. Poddałyśmy się, kiedy dotarłyśmy do jakiegoś kościoła, a dalej majaczył supermarket. Zadzwoniłam do Ewy i zrobiło się jeszcze śmieszniej, bo nasza gospodyni przyznała, że przeprowadziły się w tę okolicę raptem kilka dni temu i ona sama nie wie, gdzie jest ten kościół. Ostatecznie stanęłyśmy pod dobrze oświetloną stacją benzynową i czekałyśmy, aż Ewa z Igą do nas dotrą. Potem się okazało, że ich domu nie znalazłybyśmy pewnie nawet z mapą, tak pokręcona była numeracja na pół-zamkniętym osiedlu. I tak się zakończył dzień pierwszy.



czwartek, 06 listopada 2014, toroj

Polecane wpisy

  • Przyjemność czekania

    Niedawno Zwierz zamieściła trzyczęściową notkę poświęconą technicznej stronie wyjazdu do Londynu. W notce TUTAJ napisała „Jadę do Londynu! Jeśli chcecie s

  • Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

    Miasto żółte – dzień (przed)ostatni Dzień ów rozpoczął się od półgodzinnego czekania w upale na przystanku autobusowym. Autobusy na Malcie rozkład traktuj

  • Miasto żółte – dzień czwarty

    Miasto żółte – dzień czwarty. Tego dnia jeszcze raz nawiedziłyśmy Wioskę Rzemiosł, by zajrzeć do tych sklepików, które poprzednio były pozamykane z powodu

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Agnieszka, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2014/11/23 21:57:51
A już miałam pytać, kiedy stypa i pogrzeb bloga...