CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

Dzień ów rozpoczął się od półgodzinnego czekania w upale na przystanku autobusowym. Autobusy na Malcie rozkład traktują raczej jak wskazówki a nie sztywne przepisy. Transportem miejskim jeżdżą tam osoby, którym się nie śpieszy - a że mało komu się tam gdziekolwiek i kiedykolwiek spieszy, to ogólnie jest OK. Przy okazji mogłyśmy ze zgrozą obserwować na przystanku młodą tubylkę w swetrze i polarowych dresach, o której już wspominałam wcześniej. (My obie w koszulkach i szortach). Kiedy nareszcie nadjechał nasz autobus, kierowca powiedział (po angielsku), że pierwszy raz widzi, żeby ktoś się tak ucieszył na jego widok. Dotarłyśmy na przystań promową, kupiłyśmy bilet i ustawiłyśmy się w luźnej kolejce przed bramką. Zorientowałam się, że jakiś metr przed nami stoi para młodych Polaków, gdyż przeglądali przewodnik z ewidentnie polskimi napisami. Kiedy skończyli, grzecznie się przywitałam i spytałam skąd mają coś takiego, bo na razie owszem moją przewodniczką tutaj jest przyjaciółka ale jeśli zechcę wrócić tu sama to mi się przyda… Dziewczyna odruchowo spojrzała i…

- Serathe!!!

- Kasia!!!

Jeśli ktoś chce dowodu, że świat jest naprawdę mały, powinien pojechać na drugi koniec Europy i spotkać tam znajomą z Krakowa. Nie rozpoznałam Kasi5K tylko dlatego, że nie była podobna do swojego nicka z czatu. W ten sposób na wyspę Gozo popłynęliśmy grupką już czteroosobową. Po drodze mijając wyspę Comino, gdzie według słów Serathe turyści skaczą z klifu do morza i zawsze w sezonie jakiś nieszczęsny idiota źle wceluje i robi sobie kuku na skałach. Czasem tak mocno, że ląduje w kostnicy. No ale głupich nie sieją, sami rosną… Na miejscu się rozdzieliliśmy, planując odmienne trasy, zakończone ewentualnie ponownym spotkaniem przy Lazurowym Oknie.

Głównym miastem wyspy Gozo jest Rabat, ponad sto lat temu przemianowany na Victoria. Tubylcy do tej pory mówią „Rabat”, w ogóle nie przejmując się oficjalnym nazewnictwem.

Obie z Serathe pojechałyśmy autobusem do Muzeum Zabawek – malutkiego i bardzo sympatycznego. Kolekcja zawierała eksponaty mniej więcej od końca XIX wieku do połowy XX. Parę domków dla lalek z wyposażeniem, żołnierzyki, pojazdy, drewnianą arkę Noego ze zwierzątkami i maleńkie zoo. Rozmaite gry, pajacyki, wielkiego konia na biegunach, na którym beztrosko bujała się wnuczka właścicielki muzeum, nie dbając o szacowność zabytku. Nie mogło zabraknąć kolejki, domowego teatrzyku, oraz naturalnie wielkiej obfitości różnorodnych lalek. Zwykłe szmacianki, eleganckie damulki o porcelanowych główkach, tańsze panienki o buziach z wosku (popękane z racji wieku), najmłodsze celuloidowe. Najmniejsza z laleczek, drewniana ale o ruchomych kończynach, była mniejsza od zapałki. Były tam też dwie lalki w strojach zakonnic – podobno takie lale darowywano w szkołach przyklasztornych wzorowym uczennicom. Stał tam też buldog z masy papierowej, który otwierał pysk i wydawał dziwny dźwięk – ni to warczenie, ni to skowyt – kiedy pociągało się za łańcuszek przy obroży. No i oczywiście Serathe musiała wypatrzeć w szklanej witrynie malutką niebieską budkę policyjną. Doktor jest wszędzie.

W drodze powrotnej zaczepiłyśmy o mały ryneczek, gdzie handlowano chyba wszystkim, co można było zakwalifikować jako „przynęta na turystę” oraz z pewnymi obawami przeszłyśmy (szybkim krokiem) pod szeregiem drzew, na których zgromadził się ptasi konwent wielkości Pyrkonu - sądząc z ogłuszającego ćwierkania.

Odwiedziłyśmy też cytadelę na wzgórzu, częściowo zrujnowaną i zarośniętą (oczywiście!) opuncją, ale częściowo już wyremontowaną – z czynnym kościołem, katownią do zwiedzania, muzeum i paroma kawiarenkami. I tam ponownie wpadłyśmy na Kasię z Przemkiem.

W końcu dotarliśmy do głównej atrakcji, czyli do Lazurowego Okna. Co jak co, ale widok był nieziemski.

Okno to rzeczywiście okno: wielka dziura w skale na wylot, przez którą widać wodę błękitną jak farbka do bielizny. Bałtyk nawet w najlepszych warunkach nie ma takiego koloru. Grunt pod nogami przedziwny: niejednolita skała, częściowo wapień, częściowo chyba zastygła lawa, dziurawa jak szwajcarski ser. Powolny spacerek ze wzrokiem utkwionym w morskiej dali wykluczony, chyba że klient ma życzenie skręcić/złamać nogę, paść na ryj i zdrowo się obrypać. Dziury bardzo się podobały Sherlockowi i z zapałem w nich pozował. Generalnie było to Bardzo Dziurawe Miejsce. Najlepsze miejsce do obserwacji najważniejszej dziury leżało nieco wyżej na szczycie klifu, który był też równiejszy. Żółto-beżowa skała była gładka, mocna i twarda jak beton, więc nie bałyśmy się podejść do samej krawędzi, za którą – surprajz surprajz – było mniej więcej trzy piętra pionowo w dół do fal wściekle rozbijających się o zębate rafy. W ogóle żadnych zabezpieczeń, żadnego płotka, poręczy czy balustradki. W pierwszej chwili trochę mnie to zdziwiło, ale kiedy zobaczyłam młodego Włocha w klapkach, jak pełznie niemalże na brzuchu do krawędzi, by wyjrzeć dalej, zrozumiałam ideę. Jakakolwiek barierka w tym miejscu nakłaniałaby do wychylania się, pozowania do słitfoci, bujania itp. wygłupów. Brak płotka włączał turystom instynkt samozachowawczy, który jest najlepszym zabezpieczeniem na świecie. Posiedziałyśmy sobie nad krawędzią, wiało jak na dworcu w Kielcach, ale był to przyjemny, ciepły wiatr. Przemek cały czas pstrykał zdjęcia jak opętany. W końcu nam się znudziło i postanowiliśmy zejść do takiej jednej zatoczki obok i się wykąpać. Po drodze zauważyliśmy, że pod nogami mamy na amen wbetonowane w podłoże setki tysięcy drobnych odłamków muszli i jeżowców. Woda w zatoczce, niestety, była mętna i widoczność strasznie słaba, więc sobie nie pooglądałam podwodnych widoczków. Za to kolejną atrakcję stanowiła następna dziura, naprawdę cholernie wielka i głęboka, przez którą Morze Śródziemne zasilało ową zatoczkę zamkniętą niczym basen. Odważyłam się wpłynąć kawałek do dziury, ale bujało mną w amplitudzie 2 metry w górę i w dół, i pomyślałam sobie, że naprawdę idiotycznie byłoby przywalić głową w jakiś kamień i utopić się na wycieczce. Miałam w planach ponowną wizytę w londyńskich muzeach! Udało mi się jakoś dotrzeć na brzeg, bo pływy w jaskini bardziej wypluwały, niż wsysały. Przemek, jako dużo lepszy pływak, zapuścił się głębiej i dowiedział się od innego pływaka, że może niekoniecznie należy zapuszczać się za daleko, skoro morze jest tego dnia mocno wzburzone, a do dna w tym miejscu circa ebaut 60 metrów. Choć po mojemu 60 czy 5 to dla topielca żadna różnica. Po kąpieli wysuszyliśmy się i poszliśmy jeszcze na mały spacerek w inny rejon brzegu, gdzie udało mi się wypatrzeć nieuszkodzoną skamielinę, w której rozpoznałam piaskowego dolara. Świetnie się trzymał, jak na swój milion lat. Słońce zaczęło zachodzić. Kasia z Przemkiem postanowili jeszcze trochę zostać i wrócić do Valletty nocnym promem i autobusem, a my z Serathe syte wrażeń wróciłyśmy do domu, podziwiając rozświetlone setkami lamp brzegi wysp.

Następnego dnia spotkałam parę rodaków już na lotnisku, gdzie z powodzeniem udawałam, że moja kurtka wcale a wcale nie jest w rzeczywistości schowkiem, w którym przemycam między innymi pół kilo owoców opuncji i dwie butelki napoju Kinnie.

I tak się zakończyły wojaże angielsko-maltańskie.  Fotki TUTAJ.



niedziela, 19 stycznia 2014, toroj

Polecane wpisy

  • Z wojaży wpis bardzo spóźniony

    Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej: Powrót do Czerwonego Miasta. Pierwszego dnia postanowiliśmy być bard

  • Przyjemność czekania

    Niedawno Zwierz zamieściła trzyczęściową notkę poświęconą technicznej stronie wyjazdu do Londynu. W notce TUTAJ napisała „Jadę do Londynu! Jeśli chcecie s

  • Miasto żółte – dzień czwarty

    Miasto żółte – dzień czwarty. Tego dnia jeszcze raz nawiedziłyśmy Wioskę Rzemiosł, by zajrzeć do tych sklepików, które poprzednio były pozamykane z powodu

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: