CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Miasto czerwone cz.5

 

Miasto czerwone – dzień czwarty, wtorek. Dinozaur na przystawkę.

Wtorek lekkomyślnie postanowiłyśmy przeznaczyć na przelecenie się po muzeach. Muzeum Historii Naturalnej, Naukowe oraz Sztuki są niejako w kupie, więc to bardzo ułatwiało zadanie. Liczyłyśmy po polsku: tu godzinka, tam godzinka i styknie. Naiwne!

Już na trawniczku koło MHN przywitał nas sfosylizowany pień drzewa, dużo większy, niż te w Regent’s Park. Potem weszłyśmy do holu (żadnych biletów, wstęp jest za free) i tu z kolei stanęłyśmy twarzą w… czaszkę ze szkieletem brontozaura. Moje wewnętrzne dziecko zrobiło „łaaaaał”. Dinozaur ciągnął się od wejścia niemal do końca pomieszczenia, a nie było ono małe. Oczywiście natychmiast zaczęłyśmy szukać działu ze szkieletami, ale niestety, dinozaury akurat były nieczynne – oddano je do odkurzania czy coś w tym stylu. Jednak inne skamieliny (na przykład plezjozaur) umieszczone na stałe na ścianach innych pomieszczeń, trochę nas pocieszyły. Niemal od razu się zorientowałyśmy, że obejrzenie wszystkiego będzie niemożliwe, więc postanowiłyśmy wyselekcjonować najbardziej nas interesujące działy. W ten sposób trafiłyśmy do owadów, pajęczaków i skorupiaków. Z podziwem obejrzałyśmy gigantyczny (i ruchomy!) model skorpiona, wnętrze termitiery, ogromne kraby oraz ze zdumieniem dowiedziałyśmy się, że pszczoła żyje zaledwie 6 tygodni. Myślałam, że przynajmniej rok, ale niestety! Z drugiej strony, jednodniowej jętce taka pszczoła musi się wydawać długowieczna, jak nam elfy i krasnoludy. Na uwagę zasługiwały stanowiska dla dzieciaków, gdzie można było sobie coś pociągać, ponaciskać, poodgadywać zagadki itp. Najwyższe uznanie.

Interesowały nas przede wszystkim zwierzęta, więc zgodnie ze strzałkami poszłyśmy obejrzeć działy ptaków i ssaków. Od razu było widać przeszłość kolonizacyjną Anglii: pełno wypchanych zwierząt. Lwy, tygrysy, lamparty, wypreparowane strusie, dziobak… Cała Afryka, Azja i Bór Szumiący wie co jeszcze. Wszystkie okazy w doskonałym stanie, zadbane, ale znakomita większość bardzo wypłowiała – bez wątpienia miały dziesiątki lat, może nawet sto? Stosunek Anglików do własnej niechwalebnej przeszłości, czyli masowego wybijania zwierząt egzotycznych, jest pragmatyczny, na zasadzie „było, minęło, ale czemu miałoby się marnować?” W kolejnej sali jakaś gigantyczna ciemna masa, znów od krańca do krańca – dopiero po chwili rozpoznałam w tym czymś model wieloryba wielkości naturalnej. O rety! Był to chyba płetwal błękitny. Na jego tle figury słoni wydawały się całkiem nieduże. W gablotach konie (w tym również koń Przewalskiego), gazele, niedźwiedzie, łoś (jakże żałuję, że nie wyszło mi zdjęcie, które mogłabym podpisać „Sam Winchester w środowisku naturalnym”), hipopotam… a także ssaki dawno wymarłe, takie jak tygrys szablozębny, mamut albo megatherium – te już w postaci poskładanych szkieletów. I znów zagadki albo stanowiska w stylu „zważ się i sprawdź ile razy twoja waga mieści się w wybranym zwierzęciu”. Moje porównanie do białego niedźwiedzia wypadło całkiem optymistycznie. W ptaszarni niesłychana obfitość wszystkiego co fruwa (poza nielotami oczywiście), a nawet całe drzewko obwieszone kolibrami, jak choinka bombkami. Trafiłyśmy też do bardzo ciekawego działu ewolucji człowieka – modele, wykresy, zdjęcia, porównania, kości… Szczęśliwie dotarłyśmy też do czegoś, co nazywano Skarbnicą i wyglądało – ho ho – całkiem poważnie. Ta część wydzielona została szklanymi ścianami, oświetlona w specjalny sposób, żeby światło nie szkodziło zbiorom – były tu wyeksponowane najcenniejsze rzeczy (a przynajmniej ich część). Czaszka neandertalczyka, zapiski Darwina i wypreparowane okazy, które przywiózł z wyprawy HMS „Beagle”, stareńkie karty z zielników, rozczulające swoją wiktoriańską ozdobnością, płyta wapienna ze szkieletem archaeopteryxa… A najmilszym akcentem było to, że w kilku miejscach umieszczono plastikowe kopie eksponatów z zachęcającymi napisami „please touch”. Czas mijał nie wiadomo jak i kiedy, nogi bolały od chodzenia, należało się zbierać do wyjścia, a gdzież jeszcze dział minerałów, ekologii, laboratorium…? Sam sklepik z pamiątkami (bluźnię, nie sklepik a sklep pełną gębą) zasługuje na uwagę, bo wszystko, co znajdowało się na wystawach miało też odbicie w oferowanym towarze. Dinozaury różniste – są, zwierzęta pluszowe, plastikowe, szmaciane, drewniane – są, gumowe robale – są, książki i albumy – są, rzeczy z motylami – są, przedmioty z recyklingu – są, minerały – są. Szkielety i makiety do składania, gry edukacyjne – są. Breloczków – zatrzęsienie, w tym nawet przeurocze szmaciane wirusy kataru, z oczkami. A kiedy zobaczyłam na półce estetyczne pudełeczka z kupą słonia (przypuszczam, że wysuszoną), to już musiałam sobie poprawić opadającą szczękę. Tam też łypnęła na mnie z regału wydra, a raczej wydr. Odwróciłam oczy, mówiąc sobie, że jestem już za stara na pluszaki (brednie), wydr jest za duży i w ogóle to kosztuje tyle co dwa obiady… No i co? No i wyszłam stamtąd z wydrem w torbie! I absolutnie nie żałuję tego zakupu, bo Sherlock (jak inaczej miałby się nazywać?) okazał się później wdzięcznym modelem przy robieniu zdjęć. Przy wyjściu złapał nas jeszcze ankieter z tabletem i wypytał dokładnie skąd jesteśmy, co oglądałyśmy, jak nam się podobało, czy chcemy wrócić (oczywiście!) i czego jeszcze byśmy sobie życzyły na ekspozycjach. Z jego pytań wypływał wniosek, że nie widziałyśmy połowy tego, co MHN ma do zaoferowania i w ten sposób zostało wciągnięte na listę „Wrócić i zbadać dokładnie następnym razem”, podkreślone wężykiem.

W holu Science Museum od razu stwierdziłyśmy, że nie da rady, absolutnie brak szans na szczegółowe zwiedzanie, więc obejrzałyśmy początki rewolucji przemysłowej, czyli wielgachne maszyny parowe, przeszłyśmy przez kosmos i rozwój lotnictwa, a potem uznałyśmy, że najbardziej nas interesuje rozwój medycyny i weterynarii. Opisać się tego nie da, dość wspomnieć, że zaczęłyśmy od pierwszych, niezdarnych jeszcze płuco-serc, aparatów Roentgena i skanerów, a potem cofnęłyśmy się w przeszłość, do medycyny egipskiej, arabskiej i ciemnych wieków, kiedy panowała dżuma oraz zabobony. I stamtąd nas już zaczęto uprzejmie wyganiać, bo zostało pół godziny do zamknięcia. Generalnie, polskie muzea w porównaniu wyglądają skromnie i jakoś niepokaźnie. Zaliczyłyśmy jeszcze „wyjście przez sklepik z pamiątkami” – tym razem bardzo wyraźna przewaga gadżetów naukowo-edukacyjnych oraz zabawek mechanicznych. Parę rzeczy z Doktora Who też było!

No i tyle, przeznaczenie jednego tylko dnia na trzy muzea okazało się mrzonką. Zdecydowanie bardziej realistyczna jest wersja: Jedno Muzeum – Jeden Dzień i to od rana do zamknięcia. Wisienką na torcie tego dnia okazały się wielkie, dziwaczne, jasnofioletowe kwiaty, które zobaczyłam w kwiaciarni, mijanej po drodze do naszej dziupli. Zapytana pani kwiaciarka oznajmiła, że to „artichoke”, co nam niewiele mówiło. „Sprawdzimy w Internecie, ale mnie to wygląda chyba na karczocha” – powiedziałam niepewnie po polsku, na co pani z kwiaciarni się rozpromieniła: „To panie z Polski?!”. Jak się okazało, rodaczka, w Anglii już od kilku lat. Od tamtej pory mówiłyśmy sobie „dzień dobry” kiedy tylko była okazja.

Kiedy włóczyłyśmy się po Anglii, całkiem często słyszałyśmy język polski, rosyjski (oraz kilka innych). Londyn to multikulturowy kocioł, w którym w równych proporcjach kipią rozmaite nacje i rasy. Nie jest niczym dziwnym widzieć w metrze białą kobietę w służbowym garniturku, obok czarną muzułmankę w chuście i dżinsach, faceta ewidentnie z Japonii lub Korei i biało-ryżego gościa archetypicznie wręcz irlandzkiego. Grupka dziewcząt nadających z prędkością kulomiotu po hiszpańsku, a obok my – Polki.

 

Miasto czerwone – dzień piąty, środa. Śladami Piotrusia Pana.

Środę postanowiłyśmy przeleniuchować w Ogrodach Kensingtońskich, a potem zajrzeć do Harrodsa. Wcześniej jednak zajrzałyśmy do mijanego już parokrotnie London Beatles Store, z czystej ciekawości, bo aczkolwiek Beatlesi są fajni, to nasz fangirlizm ich nie obejmuje. Gdybyśmy jednak były fanatyczkami Johna, Paula, George’a i Ringo, to byśmy tam pewnie dostały samorzutnej owulacji, bo było tam wszystko, co sobie może fan zamarzyć. Od najskromniejszych breloczków aż po oryginalne (i bardzo drogie) winyle z autografami. A po drodze: płyty, poduszki, kapcie, kubki, oczywiście T-shirty i cały ten chłam miły sercu każdego fana. Szczególnie mnie zauroczyło pudełko na drugie śniadanie w kształcie Żółtej Łodzi Podwodnej. Ciekawe czy wodoszczelne…

Zwiedzanie całego Hyde Parku zajęłoby pewnie calutki dzień, więc ponownie rozsądnie ograniczyłyśmy się do obejrzenia części z pomnikiem Piotrusia Pana. Sherlock towarzyszył nam w plecaczku i pozował do fotek, szczególnie w miejscach z jakąś wodą – ostatecznie jest wydrą. Park uroczy i bardzo angielski, czyli zapuszczony w sposób artystyczny. Trawniki postrzyżone równo jak stół, a jednocześnie tu i ówdzie pozostawiane zarośla i kłęby jeżynowisk, chyba jako mateczniki dla tutejszej drobnej zwierzyny. Bo zwierzyny było a było! Jako pierwsze objawiły się łabędzie, kaczki, łyski i kurki wodne – wg. tablicy informacyjnej żyło ich tam kilkanaście gatunków – potem czaple, a następnie wiewiórki. Szare z lekko rudawym odcieniem, utuczone i okropnie ruchliwe. Zatrzymywały się dosłownie na parę sekund, by po chwili znów biegać i podskakiwać. W ten sposób większość zdjęć przedstawiała rozmazane wiewiórkopodobne smugi i musiałam je wykasować. Kiedy zaś w pewnym momencie przez ścieżkę i trawnik przegalopowały dwa dorodne szczury, uderzyło mnie silne skojarzenie z ilustracjami do „Piotrusia Pana” namalowanymi przez Arthura Rackhama. Poza secesyjnymi elfami, były na nich też myszy i szczurki. Wrażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, kiedy w dalszej części parku natrafiłyśmy na prawdziwe kruki. Kruk Salomon, mentor Piotrusia! A przy Round Pond między gęsiami, łabędziami i kaczkami kręciły się szpaki. Zapewne praprapra-dużopra-wnuki tych szpaków, które budowały małemu Piotrusiowi jego łódeczkę. James Barrie napisał „Piotrusia”, a Rackham malował swoje obrazki ponad 100 lat temu, ale najwidoczniej od tamtej pory w Ogrodach Kensingtońskich niewiele się zmieniło. W każdym razie nie w kwestii zwierzaków. Pomnik Piotrusia, oglądany w Sieci, wydawał mi się niewielki, ale na miejscu okazało się, że jest całkiem spory: stopy statuetki miałam na wysokości oczu. Może niektórzy uznają, że jest kiczowaty – te wszystkie wróżki, króliczki i wiewióreczki na cokole – ale mnie się jednak bardzo podoba. Podobnie jak Pomnik Energii Fizycznej - co ja poradzę, że wolę przystojnego (nagiego) faceta na pięknym koniu od zgramolonej garści krzyży, mającej symbolizować uciemiężenie narodu? Byłyśmy już nauczone doświadczeniem, że wszystko, cokolwiek było w Londynie do zwiedzania, ma „sklepik z pamiątkami”, więc powiedziałam do Serathe półżartem: „Ale będzie śmiechu, jeśli tu też mają sklepik, a w nim pluszowe wiewiórki i czaple!”. Niedługo potem dotarłyśmy do Kensington Palace i wówczas okazało się, że można go zwiedzać (za biletami), a obok jest sklepik! Oczywiście zajrzałyśmy – nie żeby nas jakoś szczególnie interesowało życie rodziny panującej Wielkiej Brytanii, ale naprawdę byłyśmy ciekawe, co można sprzedawać w takim sklepie. Wiewiórek i ptaszków nie było, za to w ofercie mieli: albumy o księżnej Dianie i fotografie royal babies, wyrafinowane tradycyjne serwisy do herbaty, rękawiczki, kapelusze i ręcznie robione mydełka. Oraz między innymi korony i strojne sukienusie dla małych dziewczynek, które chciałyby pobawić się w królewny. Wyszłam stamtąd rozbawiona. Tuż obok pałacu położony jest ogrodzony wysokim parkanem plac zabaw dla dzieci, imienia księżnej Diany. Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że mają tam wstęp tylko dzieci oraz rodzice z dziećmi. Dorosłym wstęp wzbroniony. Trochę szkoda, bo byłam ciekawa, jak wygląda piracki okręt, który dzieciaki mają tam do zabawy, ale uznałyśmy, że przepis jest całkiem rozsądny: jeśli to miejsce dla dzieci, to po grzyba tam się mają szwendać dorośli? Za to przed wejściem stał tzw. Elfin Oak czyli Elfi Dąb. Wyrzeźbiony w 1911 roku przez Ivora Innesa w prawdziwym dębowym pniu, przedstawia mnóstwo drobnych figurek krasnali, elfów i wróżek, oraz rozmaitych zwierzątek. W 1996 został odrestaurowany i wystawiony do oglądania. Przeuroczy przykład artystycznego kiczu. Serce rośnie.

Do Harrodsa wg mapy teoretycznie było blisko, ale tylko teoretycznie, więc wpakowałyśmy się na górkę do piętrusa, co nam dało po drodze niepowtarzalny widok na rzeźbę, którą ochrzciłam „Elf na łosiu”. Tak, wiem, w Hobbicie był to raczej elf na jeleniu, ale skojarzenie miałam jednoznaczne. Koniec kropka, nie pomoże żadne tłumaczenie, że żaden elf  i że to coś to nie rogi, tylko taka stylizowana końska grzywa. Elf na łosiu i już.

Dom Towarowy Harrodsa okazał się przytłaczający swoją ekskluzywnością. Ten typ instytucji, gdzie klamka jest droższa od klienta. Wiadomo z góry, że ceny będą nie do przyjęcia, ale chciałam sprawdzić w naturze lokację z „Chcesz być moim nie-przyjacielem?”. Wystrój, urządzony w stylu egipskim, był bardzo ładny, natomiast wyjątkowo mi się nie podobały grube, puchate wykładziny pod nogami. Miałam wrażenie, że chodzę po uginającym się bagnie. Sklep-labirynt, brakowało tylko czyhającego Minotaura, żadnej mapy, żadnych kierunkowskazów, błyskawicznie traci się orientację i co wrażliwsi mogą dostać ataku klaustrofobii (brak okien). Wszystko zieje blichtrem i snobizmem. Ohyda. Dopiero na najwyższym piętrze, w dziale zabawek, zrobiło się sympatycznie. Kącik dla fanów LOTR i Harry’ego Pottera, zabawki ze Star Wars, coś dla startrekowców i wielbicieli Marvela, prześliczne pluszaki – i równie prześliczne ceny. Krótko mówiąc, wydra z Harrodsa była prawie czterokrotnie droższa od tej z muzeum. Serathe zapadła tam na chorobę zwaną „cluedo breloczkowe” i zdaje się, że nadal z niej nie wyzdrowiała. Jakoś udało nam się wydostać z tego molocha, a że Muzeum Wiktorii i Alberta było o rzut beretem, wdepnęłyśmy i tam. Niestety, znów za późno, bo we wrześniu zaczynają zamykać wcześniej, więc udało nam się zobaczyć tylko jedną galerię rzeźby – i odkryć tam artystyczny slash.

W trakcie tego włóczenia widziałyśmy też dwoje małych Ślizgoniątek w szkolnych mundurkach – chłopczyka i dziewczynkę, w wieku może 7-8 lat. Oboje w zielonych marynareczkach i zielonych berecikach, w zielonych podkolanówkach, a dziewczynka miała spódniczkę w zielono-czarną kratkę. Zapierająco dech angielskie.

 

poniedziałek, 07 października 2013, toroj

Polecane wpisy

  • Z wojaży wpis bardzo spóźniony

    Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej: Powrót do Czerwonego Miasta. Pierwszego dnia postanowiliśmy być bard

  • Przyjemność czekania

    Niedawno Zwierz zamieściła trzyczęściową notkę poświęconą technicznej stronie wyjazdu do Londynu. W notce TUTAJ napisała „Jadę do Londynu! Jeśli chcecie s

  • Miasto żółte – dzień (przed)ostatni

    Miasto żółte – dzień (przed)ostatni Dzień ów rozpoczął się od półgodzinnego czekania w upale na przystanku autobusowym. Autobusy na Malcie rozkład traktuj

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: