CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
NORMALNOŚĆ cz. 5
Sherlock wylazł ze swojej nory dopiero w porze kolacji, widocznie wywabiony zapachem tostów. Nadal ubrany w T-shirt i dół od dresu, bosy. Jego włosy wręcz krzyczały wielkim głosem o użycie grzebienia. Bez szlafroka, w niedbałym stroju, z króciutkim parodniowym zarostem wyglądał dziwnie, niepodobnie do siebie i miałem osobliwe wrażenie, jakby po mojej kuchni snuł się ktoś obcy. Popatrzył na stół, zorientował się, że moje plany kolacyjne go nie obejmują, ale nie usiłował mi ukraść niczego z talerza, jak to czasem bywało. Poczłapał do lodówki i wyjął mleko.

 

Och, zapewne powinienem w tamtej chwili zwrócić mu uwagę, że nie powinien pić prosto z kartonu, że lodowate mleko jest niezdrowe zarówno dla gardła, jak i dla żołądka, zwłaszcza osłabionego długim postem i torturowanego lekami... Zacisnąłem zęby na swoim toście, który przestał mi raptem smakować.

Gwałtownie odstawione pudełko chlusnęło zawartością na szafkę i podłogę, a Sherlock runął z powrotem w stronę sypialni z ręką przyciśniętą do ust.

„Acha...” – pomyślałem tylko. Mógłbym jeszcze dodać „A nie mówiłem?”, tyle, że istotnie nie mówiłem. Nie mówiłem, nie ruszyłem się z miejsca, by pod drzwiami łazienki wypytywać wymiotującego Holmesa, jak się czuje, ani też nie próbowałem mu parzyć rumianku. Patrzyłem na kapiące z blatu mleko i nie szukałem ścierki. Podejmujemy i ponosimy? Okej. Święta racja. Sherlock nie jest dzieckiem, a ja nie jestem jego matką. To dorosły facet i bynajmniej nie jest niepełnosprawny.

Wrócił, kiedy zdążyłem już dokończyć kolację i zrobić sobie solidny kubek herbaty (bez mleka). Tym razem Sherlock był uczesany i ogolony. Posępnie popatrzył na białą kałużę, a potem bez słowa zabrał się do sprzątania. A ja spokojnie piłem swojego Earl Greya i udawałem, że czytam „Autostopem przez galaktykę”. Nie oderwały mnie od tego zajęcia nawet odgłosy gwałtownego przegrzebywania szafek kuchennych. Wreszcie Sherlock stanął przed nimi z pięściami wspartymi na biodrach, w pozie wyrażającej milczącą irytację. Nawet jego plecy wyglądały na zirytowane.

- Owsianka – powiedział w przestrzeń.

- Z tyłu, za cukrem – odparłem, także w przestrzeń.

Uznałem, że człowiek potrafiący przyrządzić średnio wysmażony stek z cebulką, poradzi sobie również z owsianką. I do pewnego stopnia miałem rację. Mimo wszystko przypalił garnek. Jeśli go nie wyszoruje, wsadzę mu go do łóżka.

Współlokatorzy. Nie przyjaciele. Nie partnerzy. Zdecydowanie NIE kochankowie. Jedynie ludzie, którzy płacą po połowie za kawałek wspólnej przestrzeni... Bolało. Zasłużyłem sobie na to? Może. Ale czułem, że jeśli w ogóle jest to kwestia czyjejś winy, leżała ona po obu stronach. Podejmujemy i ponosimy...

Umyłem kubek i przeniosłem się na fotel, pod lampę do czytania. Teoretycznie zabawne perypetie Artura Denta w ogóle już mnie nie śmieszyły, ale nie przychodziło mi do głowy żadne inne zajęcie poza czytaniem, albo może jeszcze wrzuceniem jakiegoś filmu do odtwarzacza. W normalnej sytuacji rozmawialibyśmy z Sherlockiem o minionym dniu, planowalibyśmy zajęcia na strzelnicy, gralibyśmy w pokera albo nawet w to cholerne Cluedo, albo oglądałbym którąś z części Bonda, a pan detektyw rzucałby kąśliwe komentarze na temat nielogiczności przygód agenta jej królewskiej mości.

Sherlock wyjął z futerału skrzypce, obracając je w dłoniach i oglądając uważnie. Kilka razy trącił palcami struny, poprawił coś przy gryfie. Przestałem czytać, gapiąc się jedynie na stronicę i nie rozpoznając liter. Co tym razem powiedzą skrzypce? Jednak po szkolnym, osobliwie drewnianym wykonaniu „Arii na strunie”, instrument w rękach Sherlocka powtarzał tylko: Zmęczony... zmęczony... zmęczony... aż w końcu legł na kolanach muzyka – niemy – a sam Sherlock odchylił głowę na oparcie fotela i patrzył tępo w sufit. Czy nadal jeszcze wpływały na niego krążące w krwioobiegu resztki Haloperidolu, czy po prostu wynurzył się z mrocznej otchłani akurat na swoim depresyjnym biegunie?

Włączyłem wiadomości, bez zainteresowania obejrzałem codzienną porcję kryzysu paliwowego, wojny, głodu w Afryce, plotek o rodzinie królewskiej i skandalu z jakimś parlamentarzystą w roli głównej, który ośmielił się mieć dwie kochanki, zamiast tradycyjnej jednej. Sherlock nawet nie spojrzał, pewnie dlatego, że wszyscy uczestnicy skandalu przeżyli.

O dwudziestej drugiej uznałem, że mam dość atmosfery gęstej jak smoła i równie dobrze mogę pogrążać się w ponurych myślach u siebie na górze. Umyłem się, wyszorowałem zęby i, przechodząc przez salon już w szlafroku, powiedziałem grzecznie:

- Dobranoc.

- Dobranoc – odpowiedział bezbarwnie mój współlokator.

Oczywiście przewracałem się z boku na bok całe wieki, zapadałem w płytkie drzemki i ponownie się budziłem. Z łóżka wygnała mnie prozaiczna potrzeba fizjologiczna. Całe szczęście na moim piętrze była maleńka zapasowa toaleta i nie musiałem fatygować się na dół, ani przechodzić przez sypialnię Sherlocka...

Siedział pod drzwiami mojego pokoju, na ostatnim stopniu schodów. W mroku korytarza majaczyły jego plecy w białym podkoszulku. Przygarbiony, przyciśnięty bokiem do ściany, jak dzieciak, który nie może spać, bo rodzice kłócą się na dole, a on obgryza paznokcie i nie może przestać myśleć o tym, jak blisko jest do rozwodu. Tyle, że Sherlock nie był dzieckiem. Był człowiekiem, który właśnie borykał się z jakimś wielkim problemem - na swój własny, ekscentryczny sposób.

Wszedłem do toalety, zrobiłem, co miałem zrobić, guzdrałem się z myciem rąk. Kiedy wracałem do sypialni, Sherlock nadal siedział na schodach, w tej samej pozycji. Jak długo...? Zostawiłem uchylone drzwi.

Minęło dobre dziesięć minut, nim usłyszałem szelest. Za oknem rozległ się warkot auta, światła reflektorów zamiotły po szybach i w szparze między drzwiami a futryną zalśnił biały T-shirt.

- No chodź. Pewnie zmarzłeś. – Odchyliłem zachęcająco kołdrę.

Sherlock wszedł cichutko, kocim krokiem, jak to on. Wślizgnął się pod przykrycie, objął się ramionami. Był rzeczywiście okropnie wychłodzony, jakby spędził na tych nieszczęsnych schodach co najmniej godzinę.

- Brrr... Jak kostka lodu – mruknąłem, obejmując go i rozcierając mu plecy. – Trzeba było wejść wcześniej, Sherlock.

Skulił się pod kołdrą, próbując przyjąć wygodniejszą pozycję, co nie było łatwe na półtoraosobowym posłaniu. Wtulił nos w swoje ulubione miejsce na mojej szyi i podświadomie oczekiwałem, że zaraz usłyszę: „Mój piękny żołnierz...”, lecz Sherlock tylko westchnął, prawie jęknął – głęboko i z bolesną ulgą – jak człowiek, który po bardzo długiej, męczącej podróży nareszcie znalazł się w domu.

- Tęskniłem – odezwałem się cicho po dłuższej chwili. – Codziennie sprawdzałem pocztę, ale nie pisałeś. Dzwoniłem, nie odbierałeś... Te moje... dedukcje, czy to się zgadzało?

Chwila milczenia.

- Prawie wszystko – szepnął. – Wyrobiłeś się.

- Jestem jedynym na świecie detektywem-konsultantem do spraw Sherlocka Holmesa. - Uśmiechnąłem się smutno.

- Spadłem ze schodów, gdzieś w Regent’s Park, to pamiętam. Reszta jest zamazana. A psychiatra był kobietą. Mogłem ją udusić jedynie apaszką. Romans z recepcjonistką – zgadza się. Zamiast batoników – papierosy wypalane ukradkiem w toalecie. I pytała o mój stosunek do małych zwierzątek.

- Zawsze o to pytają. Jak odpowiesz, że lubisz, to zakreślą kwadracik „zoofil”, a jak nie lubisz to „socjopata”.

- Jestem socjopatą.

- Nie jesteś. Socjopaci nie mają uczuć. Rozróżniają tylko subiektywne „fajne” i „niefajne”, co zresztą doskonale wiesz. Ta twoja socjopatia to zwykły wytrych, żebyś nie musiał się wysilać emocjonalnie.

Zesztywniał w moich ramionach. Przez moment bałem się, że powiedziałem za wiele i znów ucieknie, ale jego mięśnie ponownie się rozluźniły. Rozgrzewał się. Robiło się coraz cieplej, coraz bardziej sennie.

- Chcesz, żebyśmy się przenieśli na dół? – spytałem.

- Nie. Wolę tu.

- Jaka pozycja?

- Nie mam ochoty na seks.

Pomyślałem, że po takiej ilości psychotropów, jeszcze jakiś czas nie będzie jej miał.

- Nie miałem na myśli seksu, ty ogarnięty człowieku. Jedynie pozycję, w jakiej spędzimy resztę nocy. Ta nie jest szczególnie wygodna.

- Wiesz jak wolę.

Wiedziałem. Sherlock niezbyt lubił, kiedy ja się przytulałem do jego pleców. Zamiast rozluźnić i zrelaksować, zwijał się wówczas coraz bardziej, niczym krewetka, co z jego długimi nogami było dość kłopotliwym przedsięwzięciem. Zdecydowanie wolał dopasowywać się do mnie – co zresztą miało sens przy różnicy wzrostu ponad pięć cali[1]. Czasem też rozmyślałem, czy Sherlockowi nie został z dzieciństwa jakiś kompleks na tle posiadania (lub nieposiadania) pluszowego misia. Naturalnie nigdy nie poruszyłem tego tematu.

Przekręciłem się na drugi bok. Miałem nadzieję, że ta noc upłynie w miarę spokojnie. Jeśli Sherlock zacznie się swoim zwyczajem rzucać przez sen, nie pozostanie mi nic innego, jak sromotnie zrejterować na dół, do jego pokoju. Wolałbym tego uniknąć.

- John...?

- Mhm?

- Czasami jesteś naprawdę przerażający. To, co ze mną robisz, jest przerażające.

Nagle zaschło mi w gardle. Przerażający? Ja?

- Taki nieduży, słodki facecik, taki zwykły John... – ciągnął Sherlock, a ja czułem, jak poruszają się jego wargi, przylegające do mojej szyi. – I raptem okazujesz się taki twardy... A ja nie wiem, co z tym zrobić. Kim jesteś, John? Z kim ja się związałem?

Sherlock Holmes, niepokorna duszyczka, która łaziła po Pałacu Buckingham odziana wyłącznie w prześcieradło, bał się mnie. Ten Sherlock, zaglądający ze spokojem w czarne, gadzie ślepia Jima M. Nieporuszony jak kawał betonu, pogardliwy ironista, który w Dartmoor bał się nie psiej bestii, a tego, że się boi... „To, co ze mną robisz...” Co ja robiłem z Sherlockiem? Marudziłem, strofowałem go, dbałem, żeby regularnie jadł i kontrolowałem – najwyraźniej bardziej skutecznie od Mycrofta, skoro Sherlock przy mnie tak pokorniał. Innymi słowy, w jakiś niepojęty sposób nauczyłem się pakować sztorm do słoika. Nic dziwnego, że w końcu się przeraził i usiłował mnie odepchnąć. Stracił jedyną stabilność, jaką znał – stabilność huśtawki - przestał poznawać i rozumieć samego siebie. Kiepski ze mnie psycholog, że nie zorientowałem się na czas... Okazałem się dla Sherlocka kotwicą na zbyt krótkim łańcuchu – zamiast dać jego okrętowi dość luzu, by mógł swobodnie i bezpiecznie dryfować, skracałem dystans – ogniwo po ogniwie – aż stanął w miejscu i zaczął się groźnie przechylać. Za dużo wymagałem. Ja... Z nagłym zażenowaniem przypomniałem sobie swój wybuch podczas pamiętnej bójki w Scotland Yardzie. Z powodu całej tej kołomyi z odmą i szpitalem nie wracałem myślami do tamtej sceny, ale teraz zalała mnie fala okropnego, palącego wstydu. Ja: nadęty i wściekły jak sierżant z kompleksem małego fiuta, a naprzeciwko Sherlock: nastroszony, zły, nieogarnięty i spacyfikowany niczym szczeniak, którego pan zlał kapciem. Rozgniewał mnie, nie spełnił moich oczekiwań, więc przyciąłem tego wielkiego człowieka, zmniejszyłem na oczach świadków. Poniżyłem. W pewnym sensie okazałem się nie lepszy od Andersona. Jakim cudem Sherlock to wytrzymał i mi wybaczył?

I dzisiejsza powtórka z rozrywki: ufny Holmes (przecież tak się starał, nawet posprzątał i poszedł do głowologa, czego zawsze serdecznie nienawidził), uradowany, że jego przyjaciel nareszcie wrócił, oczekiwał zwrotnie serdeczności i pochwały, a całe to dobro wybuchło mu w twarz. John Watson Bezwzględny. Watson Twardziel, jak z kamienia.

- Sherlock... Bo ja jestem twardy, sam mówiłeś, że jestem wojownikiem. Związałeś się z żołnierzem, my tak mamy. Ci miękcy zostają w kraju na ciepłych posadkach, a nie lecą nadstawiać karku w Iraku czy Afganistanie. Przepraszam cię, jeśli spodziewałeś się czegoś innego. I... I przepraszam, że nie byłem wobec ciebie cierpliwszy. Bo całe to moje cholerne wojskowe opanowanie diabli biorą, kiedy chodzi o ciebie. – Oblizałem suchym językiem suche wargi. – Boję się, że coś ci się stanie, że jakiś zbir cię zastrzeli i będę musiał znów iść na twój pogrzeb, tym razem prawdziwy. Wiem, że to jest bez sensu. Nie mogę cię przecież związać i wsadzić do szafy... – Mój śmiech zabrzmiał bardziej jak szloch. – Straciłem głowę dla Sherlocka nieograniczonego, wolnego, a sam próbuję cię wtłoczyć w ramki i mam pretensje, że ci rączki i nóżki wystają. Jeszcze tylko tego brakowało, żebym zaczął obcinać te zbędne kawałki... Miałeś rację, jestem idiotą. Twardym idiotą. Bo kocham cię za bardzo.

- Czy miłość zawsze tak wygląda?

- Nie. To jest ta gorsza wersja. Zaborcza i nietolerancyjna. Taka z szantażem emocjonalnym. Powinienem ją wyrzucić z głowy, zakopać i zalać betonem.

- A ta lepsza? – Wciąż czułem ciepły oddech Sherlocka na karku, jego szczupłe, muskularne ręce oplatały moją pierś.

Uśmiechnąłem się melancholijnie w pomarańczowy mrok londyńskiej nocy.

- Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest... Szlag, nie pamiętam, jak to szło dalej. Coś o przebaczaniu.

- Mów dalej.

- Miłość to także fascynacja.

- Seksualna?

- Miłość to nie tylko seks, Sherlock.

- Irene była fascynująca w taki nieseksualny sposób.

To przypominało rozmowę o pływaniu z kimś, kto znał wodę jedynie z opisów.

- Moriarty też był fascynujący, ale nie sądzę, żebyś go chciał dotknąć, a potem nie zdezynfekować rąk. Nie sądzę też, żebyś kochał Tę Kobietę. Po prostu stanowiła zagadkę, a ty uwielbiasz zagadki. Miłość wygląda inaczej. Wyobrażałeś sobie Irene Adler u siebie w domu? Jak ci robi herbatę? Jak razem czytacie książki? Zamawiacie chińszczyznę? Chciałeś ją mieć obok? Dotykać, rozmawiać o byle czym, cieszyć się tylko dlatego, że jest? Dbałbyś o to, żeby pamiętać o jej urodzinach? Słysząc zatrzymujący się samochód na ulicy, wyglądałbyś przez okno, żeby sprawdzić czy to ona wraca do domu? Poszedłbyś z nią... na zakupy?

Naturalnie, mówiłem o sobie i swoich uczuciach, ale przecież moje słowa nie były z tego powodu mniej prawdziwe. Sherlock milczał, ale wiedziałem, że słucha uważnie. Poczułem jak zawija się wokół mnie, przytula mocniej, dopasowując się ściśle do mych pleców, pośladków, ugiętych kolan – jakbyśmy obaj stali się dwiema częściami tej samej układanki. Uniosłem do ust jego pokaleczone palce i pocałowałem. Westchnął, dmuchając mi w kark ciepłym oddechem. Na dłuższy czas zapadła cisza.

- Wszystkie elementy wydają się spójne. Wszystko pasuje. To jest logiczne, John. Całkowicie logiczne - odezwał się Sherlock w końcu.

- Co?

- To, że cię kocham.

 

Koniec epizodu (ale nie koniec cyklu)



[1] Sherlock ma 184 cm, a John 170 cm. wzrostu.



poniedziałek, 09 kwietnia 2012, toroj
Tagi: sherlock

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
kianur
2012/04/10 13:26:17
"Rąsią za ogonek" może służyć do opisania TAK WIELU rzeczy, że moja głowa o mało nie wybuchła od nadmiaru pomysłów. Najbardziej nasunęła mi się scena pierwszego razu Johna i Sherlocka :D
Odetchnąłem z ulgą. Wiedziałem, że Sherlock nie pozwoli się pisarsko zaniedbywać, i nagle zwrot! i cała akcja obraca się wokół niego, oczywiście. Z męczącej części świadomości Johna nagle stał się pępkiem wszechświata. O radości :)
Odetchnąłem z ulgą. To koniec epizodu, ale nie koniec cyklu! Hurra! I prawdę mówiąc, musiałem ten ostatni dialog odegrać w głowie chyba z pięć razy, żeby sobie udowodnić, co Sherlock powiedział. Oczywiście, poprzedził to swoim detektywistycznym wywodem, ale liczy się!
Niecierpliwie czekam na więcej i, jakby to nie brzmiało, podziwiam urodzaj :D
-
Gość: Dawg, *.home.aster.pl
2012/04/10 20:08:53
Przede wszystkim chcę ci złożyć różne wyrazy. Twoje opowiadania są świetne, choć w sumie można się było spodziewać - jak ktoś umie pisać, to i z fanfika naleje, a jak nie, to żadna miłość nie pomoże, nic z tego nie wyjdzie. Ale tobie wychodzą ślicznie, najładniej te duszoszczipatielnoje, Dyptyk i ten ostatni właśnie. Zdecydowane tak dla slashowania. Jestem chyba w mniejszości, ale wolę pierwszą wersję Instrukcji, jest bardziej zwarta i przekonująca psychologicznie.
Tak więc fanklub czyta, fanklub czeka:-) dzięki za zapewnienie miłych wieczorów.
-
Gość: EwKa, 194.29.132.*
2012/04/11 21:48:38
Dziękuję, dziękuję i po 100-kroć dziękuję. Uwielbiam czytać Pani wszelkie opowiadania i inne wpisy i twory:). Obecnie się "zszerlokowałam" i to właśnie przez Panią! Teraz z niecierpliwością zaglądam do Saloniku sprawdzając czy może jest coś nowego i po świętach, patrzę... Jest! Bardzo podoba mi się cała seria o Holmsie i Watsonie. A to opowiadanie naprawdę jest cudowne... Opisuje taką normalną sprawę jak sprzeczka, jednak opisuje to w bardzo ciekawy sposób. Pisze Pani tak obrazowo i lekko, że przeczytanie tych 5 części to sama przyjemność:) Aż szkoda, że tak szybko się kończy. Z niecierpliwością i nadzieją czekam na kolejne części licząc, że nie pozostawi Pani biednych i wiernych czytelników... Życzę weny!!!