CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
NORMALNOŚĆ cz. 4
Wychodzenie ze stanu odurzenia trwało pełne sześć godzin. W tym czasie niemalże nie opuszczałem sypialni Sherlocka, bojąc się, że dostanie zapaści, że zmieni pozycję, a wówczas zadławi się własnym językiem, śliną, wymiocinami... To odzyskiwał częściowo świadomość, to znów przelewał mi się przez ręce – całkiem jakby wygrzebywał się z głębokiego wilczego dołu, a już prawie u celu osypywały mu się spod rąk luźne grudy ziemi i ponownie lądował na dnie. Podczas tych krótkich przebłysków poiłem go herbatą ziołową i raz skorzystał z toalety; ubrałem go też, wybierając jako rzeczy najmniej kłopotliwe zwykły T-shirt i spodnie od dresu. Skaleczenia na dłoni i twarzy były już pozasychane, ale na wszelki wypadek wysmarowałem je maścią antybiotykową.

 

Ktoś tam na górze najwidoczniej stwierdził, że dwa tygodnie byczenia się w Burgundii to za wiele i pan doktor powinien odrobić swój urlop z nawiązką.

W trakcie zadzwonił Mycroft z pytaniem, jak się miewa jego młodszy braciszek. No, proszę, czyżby jakieś przemyślenia?

- Śpi! – warknąłem. – I nie waż się tutaj przyjeżdżać, Mycroft.

Po krótkiej chwili namysłu zrobiłem Sherlockowi zdjęcie komórką i wysłałem je Holmesowi Starszemu. Niech ma, niech sobie popatrzy na tę biedę i przemyśli sens (a raczej bezsens) swojego obsesyjnego nadzoru, który zawiódł akurat wtedy, gdy był naprawdę potrzebny.

Około trzeciej po południu stan pacjenta na tyle się poprawił, że mogłem przynajmniej trochę odpocząć i coś zjeść. Sherlock spał. Nic nie wskazywało na to, że ma zamiar w najbliższym czasie wywinąć jakiś numer i na przykład dostać zawału.

W lodówce nie było prawie nic, więc zszedłem do Speedy’s, by kupić największą kanapkę, jaką mieli w ofercie. Zdążyłem wrócić i zjeść połowę potężnej buły z szynką, serem i sałatką, kiedy usłyszałem szelest i zobaczyłem Sherlocka na progu kuchni, niepewnie wspartego o ścianę. Wyglądał już całkiem przytomnie. Patrzył na mnie z głupawym, ufnym uśmiechem na zarośniętej gębie.

- Och, John... Kiedy wróciłeś?

Kiedy ja wróciłem?! Byłem zestresowany, byłem niewyspany, zmęczony i zły. Od momentu kiedy zadzwoniła do mnie Donovan, w permanentnym napięciu nerwowym. I pewnie właśnie dlatego wybuchnąłem.

- Rano wróciłem! A teraz jest po trzeciej! – ryknąłem, ciskając niedojedzoną kanapkę na talerz. – Ja rozumiem, Sherlock, że dla rozrywki jesteś w stanie podłożyć ten swój durny łeb pod pociąg, ale – do kurwy nędzy! – mógłbyś odrobinę się liczyć z innymi! Choćby z panią Hudson! Jak sądzisz, jak by się czuła, gdybyś się zaćpał na śmierć, a ona znalazła tutaj twojego trupa?!

Z twarzy Sherlocka spłynął ten rozradowany, durny uśmieszek. Przez krótką chwilę odbijało się na niej zaskoczenie, a potem nastąpiła znajoma transformacja w Holmesa Oficjalnego (choć cokolwiek złachanego) – gładka maska z masy papierowej, detektyw-konsultant bezpieczny za grubą ścianą, wyglądający przez otwory oczu, niczym przez wizjery bunkra.

Zrobiło mi się rozpaczliwie przykro, ale desperacko brnąłem dalej. Miałem dość jego indolencji, jego egoizmu, kompletnego nieliczenia się z otoczeniem. Miałem powyżej uszu służenia wielkiemu detektywowi za podnóżek i sprzątania bajzlu, jaki po sobie zostawiał – w każdym sensie. Nawet jeśli seks z nim wybijał dach, to krótkie orgazmy nie mogły zrównoważyć całej reszty! Siostra pijaczka i kochanek-narkoman to już dla mnie za dużo. ZA DUŻO!!!

- Gdzieś ty się tak uświnił? Łazisz naćpany po mieście i nawalasz się z jakimiś oprychami – wysyczałem. – Kto ci diluje? Co brałeś i gdzie to jest?

Milczenie. Holmes patrzył na mnie przez te swoje otworki.

- Dzwonię do Mycrofta, żeby zarezerwował ci miejsce na odwykówce – zagroziłem.

Milczenie, zaciśnięte wargi. Jedyna reakcja to dłonie sunące po ramionach, jakby Sherlockowi było zimno.

- Sherlock, powiedz coś. Normalni ludzie tak robią. Rozmawiają. Wymieniają informacje. Co brałeś? Jak długo? Nie mogę ci pomóc, jeśli nie mam danych.

- Ja nie jestem normalny. Chcesz informacji, to je sobie weź. – Zduszony, ochrypły głos. Ręka Sherlocka wykonała zapraszający gest. – Są wszędzie dokoła. Dedukuj.

Odwrócił się i powoli wrócił do sypialni, ostrożnie stawiając bose stopy, jakby podłoga kołysała mu się pod nogami. A więc to tak. Sherlock nie zamierzał mi nic ułatwiać. Rozejrzyj się, zbierz obserwacje, wydedukuj. W sumie... Robiłem to przecież przez prawie połowę swego życia, w pracy. Takie jest zadanie lekarza: pozbierać do kupy małe kawałki informacji, wypytać pacjenta, co go boli i na podstawie wielu odrębnych symptomów wystawić właściwą diagnozę. To też coś w rodzaju pracy detektywistycznej.

Zacząłem od salonu. Warstewka kurzu sugerowała, że zbierał się stosunkowo długo. „Możesz odłożyć na miejsce wszystko prócz kurzu. Kurz wiele mówi" – powiedział kiedyś pan detektyw. Ten mógł mieć około dwóch tygodni. Patrząc pod kątem, oceniłem jego jednolitość. Jeden kraniec stołu był znacznie czyściejszy, brakowało też pyłu na części biurka, jakby Sherlock siadał przy nim, opierając łokcie na blacie i patrzył na laptopa, nie otwierając go. Stosik nieotwartych listów, gazety, które wyglądały na nieczytane – z datami sprzed prawie tygodnia. Kanapa: niedbale rzucony koc, poduszka z odciśniętym zagłębieniem – musiał tu całkiem często sypiać. Najgorsze było to, że Sherlock najwyraźniej w ogóle nie dotykał skrzypiec. Słodki Jezu, nawet kiedy był w dołku, jeśli nie grał, to przynajmniej brzdąkał na strunach całymi godzinami, doprowadzając mnie tym zresztą do szału. Wyciągnąłem notes i zapisałem: przyp. pocz. kryz. 2 tyg/10 dn. Przeszedłem do kuchni. Czyste, ale zakurzone blaty. Stół – używany na rogu. W zmywarce czyste naczynia - suche jak pieprz. Na ociekaczu dzbanek z miksera, suchy, i jeden kubek – również suchy. Sprawdziłem ekspres do kawy: brązowy płyn w dzbanku nie wyglądał na świeży, a w filtrze odkryłem zaschnięte fusy z białymi kropkami pleśni. Czyli jeśli Sherlock coś ostatnio pił, nie była to kawa. Zajrzałem do lodówki i powąchałem napoczęty karton mleka. Nadal nadawało się do spożycia. Pił tylko mleko i wodę? Tylko herbatę...? Śmieci! Wysypałem zawartość kubełka do zlewozmywaka – nie było tego wiele. Trochę skorupek od jajek, opakowanie po makaronie błyskawicznym. Jadł. Oczywiście za mało, ale jednak przyswajał jakieś kalorie. Jak dawno temu – to już osobna kwestia. Sądząc z ilości skorup, Sherlock najwyraźniej żywił się głównie tym straszliwym miksowanym koktajlem z surowych jajek i cukru, który pił bez żadnej przyjemności, na bezdechu, całkiem jakby tankował paliwo. Parę wyschniętych torebek po Earl Greyu, paragon ze sklepu spożywczego... i opróżniony listek po tabletkach. Sreberko było zeskrobane i zdołałem odczytać tylko „...op...ol”. Hmmm... Schowałem opakowanie do kieszeni i ruszyłem na dalsze zwiady. Zawartość kieszeni Sherlocka powiedziała mi niewiele lub zgoła nic. Stare, skasowane bilety na metro: jechał gdzieś przed dwoma tygodniami. Pudełeczko, w którym zostały już tylko dwa plastry nikotynowe. Lupa. Więcej powiedział mi brud na samym płaszczu i wygnieciona marynarka – mój facet gdzieś się poniewierał i nie było to miejsce zbyt eleganckie. Wyciągnąłem z kosza na pranie resztę jego odzieży. Spodnie nadawały się tylko do pralni. Holmes pewnie na podstawie brudnych portek ustaliłby konkretny rejon Londynu, ale ja nie miałem bystrego oka geniusza, dla mnie były po prostu upaprane niezidentyfikowanym błotem. Obejrzałem kołnierzyk koszuli. Nosił ją najwyraźniej kilka dni i kto wie, czy nawet w niej nie spał. Coś niesłychanego dla tego czyściocha.

Nigdzie nie widziałem jego portfela z kartami kredytowymi – nie było go w kieszeniach płaszcza, ani w salonie na kominku. Sherlock go zgubił, czy może został okradziony? Uch, mam nadzieję, że portfel leży gdzieś w mieszkaniu, inaczej pan detektyw mógł mieć już konta wyczyszczone do zera.

Telefonu jednak nie stracił. Jego Apple w ciągu ostatnich czterech dni zapisał kilkanaście nieodebranych połączeń i trzy nieprzeczytane wiadomości.

Przeszedłem do sypialni. Sherlock leżał na wznak na łóżku, z rękami złożonymi luźno na brzuchu i wpatrywał się w sufit, zupełnie mnie ignorując. Pochyliłem się nad nim, przesunąłem palcem po szczecince na policzku. Ile mogła mieć dni? Cztery? Pięć? Wziąłem jego rękę, oglądając z bliska skaleczenia na kostkach prawej dłoni. Miał też siniaka na łokciu. Tknięty pewną myślą, podciągnąłem mu koszulkę, oglądając żebra i brzuch. Blizna po operacji była już tylko białą kreską. Nic niepokojącego, poza tym, że Sherlock był zdecydowanie szczuplejszy niż przed moim wyjazdem. Lewe biodro, podudzie, kolano – nic. Prawa noga... Tak, dobrze zapamiętałem: granatowa pręga na prawym biodrze i zasinienie wysoko, z boku kolana. Nie wyglądało to na ślady pobicia, chyba że jakiś bandzior trzasnął go kantówką, ale wówczas Sherlock miałby ogólnie więcej obrażeń, przede wszystkim na twarzy i torsie. Obmacałem mu głowę: poniżej „linii kapeluszowej” znalazłem we włosach obrzmienie po uderzeniu. Acha, czyli moja pierwotna teoria była błędna...

Sherlock poddawał się biernie oględzinom – obojętny jak kawał drewna - co z pewien sposób było gorsze, niż gdyby się wzdragał i uciekał przed dotykiem.

Z ponurym skrzywieniem ust zrobiłem kolejną notatkę: obraż. wsk. brak śl pobicia, wypadek. Ukląkłem i zajrzałem pod łóżko – przynajmniej tam nadal panował swojski bałagan. Przy okazji znalazłem dwie zagubione skarpetki Sherlocka. W szafce nocnej odkryłem dwa słoje z „eksperymentami”, z których jeden składał się głównie z zielonej pleśni i wolałem nie wnikać, co jest pod nią. W szufladce jak zwykle leżały: paczka miętówek, ten Sherlockowy niedorzecznie drogi zegarek noszony od święta, latarka i Glock. Nowość stanowiły trzy listki bladoniebieskich tabletek - w jednym brakowało dwóch pigułek, a trzeci był całkowicie opróżniony. „Haloperidol”... Nie znalazłem pudełka ani ulotki. Od lat zaopatrywałem dom we wszystkie leki, znałem zawartość apteczki do ostatniej tabletki Paracetamolu i tego na pewno nie kupowałem.

- Sherlock, co to jest? – Pokazałem mu tajemniczy lek, ale tylko w milczeniu odwrócił głowę.

Nie ma sprawy, skoro tak - gramy dalej. Poszedłem włączyć komputer. Haloperidol... Enter.

- Boże miłosierny... – wyszeptałem, patrząc na to, co usłużnie wypluło Google. Przede wszystkim rzuciło mi się w oczy „Haldol” jako inna nazwa handlowa tego samego leku. Haldol znałem. Przed laty usiłowano mnie tym leczyć z PTSD[1]. Zareagowałem tak fatalnie, że skończyło się na dwóch dawkach, gdyż istniała możliwość, że lekarstwo zabije mnie prędzej niż choroba. A tu koło mego łokcia leżało to świństwo w tabletkach po dziesięć miligramów. Końska dawka. Przeczytałem całą ulotkę online, przy czym lista skutków ubocznych była niemalże tak długa jak moja ręka i zawierała między innymi takie radosne rzeczy jak napady drgawkowe, żółtaczka zastoinowa, stany splątania i majaczenie, tachykardia, spadki ciśnienia, zaburzenia widzenia i mowy, senność, utrata świadomości oraz impotencja – przemijająca lub trwała (przy długim stosowaniu leku). W zasadzie się zgadzało. Czytałem, wczepiwszy palce we włosy w geście rozpaczy. Miłosierny Boże, od kiedy Sherlock łykał to paskudztwo, ile, a przede wszystkim: kto mu to przepisał?!

Nic dziwnego, że pani Hudson się nie zaniepokoiła, a Mycroft uznał zachowanie brata za „zadziwiająco spokojne”, bo otępiały Sherlock zapewne poruszał się w obrębie najbliższych ulic, robił jakieś drobne zakupy i wracał do mieszkania. Jego poczynania, obserwowane z daleka, poprzez system londyńskiego monitoringu, nie różniły się od zachowania w typowej fazie depresyjnej. Eskalacja musiała nastąpić całkiem niedawno, a wtedy szczęśliwie wpadł na Sally Donovan.

Zajrzałem do historii przeglądarki i znalazłem kilka stron reklamowych londyńskich psychiatrów. Odetchnąłem kilka razy, zastanowiłem się, zapisałem kolejne punkty w notatniku i poszedłem do Sherlocka. Usiadłem na skraju łóżka.

- Wyniki dedukcji – zacząłem cicho, nie podnosząc wzroku znad stronicy notesu. – Po naszej kłótni posprzątałeś mieszkanie, pozbyłeś się kawałków trupów z lodówki. Starałeś się utrzymać porządek, więc poruszałeś się po wytyczonych trasach, prawie niczego nie dotykając. Zrobiłeś zakupy jedzeniowe, niestety, głównie jajka i fastfood. Niezbyt zdrowo... Wyszukałeś w Internecie jakiegoś psychiatrę, który robił wrażenie miłego i łatwego w obsłudze. Sądząc z biletów w twojej kieszeni, gabinet jest w okolicach Farrington. Ten... konował przepisał ci Haloperidol. Pewnie obiecał, że to ci pomoże. Zapewne mówił, że z początku będzie nieprzyjemnie, a potem organizm się przyzwyczai i wszystko wróci do normy. – Przejął mnie mimowolny dreszcz. – Więc łykałeś to świństwo... Nie wiem w jakich dawkach, ale przypuszczam, że o wiele za wysokich. Być może sam je sobie samowolnie zwiększyłeś, ale dyszka na raz to jest już i tak cholernie dużo. Czułeś się fatalnie, miałeś zawroty głowy, rzygałeś jak kot i nie mogłeś nic utrzymać w żołądku, ale jesteś przecież uparty jak osioł. Przesypiałeś całe dnie, budziłeś się i znów łykałeś te cholerne prochy. Byłeś otępiały i... Nie wiem, może myślałeś, że właśnie tak wygląda normalność? Że zwykli, normalni obywatele zawsze są tacy zamuleni? Aż w końcu ostatecznie urwał ci się film. Wczoraj gdzieś wyszedłeś, snułeś się nieprzytomny po mieście... – Głos mi drżał coraz bardziej. – Z nikim się nie biłeś, skądś spadłeś i się potłukłeś. Może z jakiejś skarpy...? Na twoim ubraniu jest ziemia i piach. Cud, że w ogóle trafiłeś z powrotem do domu. A kiedy się ocknąłeś... Pierwsze, co zobaczyłeś, to byłem znowu ja: jak na ciebie wrzeszczę i znów mam pretensje, i się czepiam... – Opuściłem notatnik i zakryłem twarz dłonią.

- Imponujące – odezwał się Sherlock obojętnym tonem.

- Sherlock... Lekko licząc, ty to jadłeś jak cukierki, ze trzydzieści miligramów dziennie. To są samobójcze dawki! W zakładach zamkniętych przy najcięższych psychozach dają pacjentom mniej! Błagam, nie każ mi dedukować ile ten rzeźnik ci przepisał, po prostu powiedz.

Zlitował się.

- Dwadzieścia na dobę.

Niech ten psycho-znachor się modli, żebym go nie znalazł...

- Brałeś więcej.

- Nie działało. Mam podwyższoną odporność na narkotyki.

- Ale jak zadziałało, to cię po prostu wyłączyło. Sherlock, zdajesz sobie sprawę, że to trucizna? Mogłeś umrzeć!

- To by rozwiązało wiele moich problemów. – Znów odwrócił głowę i zapatrzył się na portret Poego.

- Jak się czujesz teraz?

- Wydedukuj.

W pierwszym odruchu chciałem ująć go za przegub i policzyć mu tętno, lecz zdałem sobie sprawę, że ani on, ani też ja nie mieliśmy na myśli samopoczucia fizycznego. Siedziałem, zastanawiając się. Obaj milczeliśmy. Miałem wydedukować, jak się czuje Sherlock. Myśl, obserwuj, dedukuj... Usiłował się „ogarnąć”, dla mnie, by mnie zadowolić. Usiłował się skurczyć, poskładać, upakować w garniturek „normalności” – ale w wypadku Sherlocka było to jak wciskanie burzy do słoika. A teraz żądał, żebym to ja wszedł na jego grunt i zobaczył świat tak, jak on go postrzega. Żebym zobaczył, jaka jest jego „normalność”, nie moja.

- Czujesz się... upokorzony – odezwałem się nareszcie. – Psychiatra... Jakiś jowialny gość z dyplomem zaocznych studiów na ścianie. Po minucie wiesz, że zajada stres batonikami i zdradza żonę z recepcjonistką, czy coś w tym stylu. Nie lubisz go, czujesz do faceta wstręt. Chcesz od niego tylko recepty, ale musisz być uprzejmy i grzeczny, choć najchętniej byś go udusił krawatem. I musisz mu opowiadać o swoich nastrojach, opisywać problemy z bezsennością, odpowiadać na durne pytania, czy lubisz małe dzieci i pieski... I myślisz, że znacznie łatwiej byłoby po prostu podrobić ten pieprzony papierek. W końcu ten tak zwany lekarz łaskawie cię wypuszcza z gabinetu, cały zadowolony, że on jest taki normalny, a ty nie... A ty się czujesz parszywie i go nienawidzisz, i jesteś upokorzony.

- Imponujące – powtórzył Sherlock, wciąż nie odrywając wzroku od Poego.

- Przepraszam. – Przełykam z wysiłkiem. – Przepraszam, że cię na to naraziłem.

To nareszcie wywołało jakąś żywszą reakcję. Odwrócił ku mnie twarz z zaczerwienionymi oczami.

- Ty nie masz z tym nic wspólnego. Jestem dorosłym mężczyzną, John. Podejmuję decyzje. Ponoszę konsekwencje. Na tym to polega.

- Ja też jestem dorosły. Też podejmuję i ponoszę. A zrobiłem ci straszne świństwo, bo... – zaciąłem się na chwilę, szukając odpowiednich słów. – Nie byłem lojalnym przyjacielem. Postawiłem ci ultimatum. „Zrobisz tak i tak, albo ja sobie idę”. A to nie powinno tak działać. Tak nie powinno być między ludźmi, którzy... którzy się kochają – dokończyłem niepewnie.

Sherlock nigdy jeszcze nie powiedział wprost, że mnie kocha. Udowadniał to na inne sposoby, choćby tak jak teraz – tym kompletnie wariackim poświęceniem własnego „ja”. Ale nigdy nie usłyszałem od niego „kocham cię”.

Sherlock milczał. Oczekiwałem jakiegoś odzewu, czegokolwiek, ale on sięgnął tylko po skraj kołdry i przykrył się nią, zawijając po czubek głowy.

- Sherlock...? To się nie może powtórzyć. Po prostu nie może...

- Czy mógłbyś być tak uprzejmy i zostawić mnie samego? – Zmęczony, chłodny, oddalony ton, jak do kogoś obcego.

Urażony, wstałem gwałtownie. Dobra, świetnie! Wyszedłem, ale zawróciłem z salonu, niosąc czaszkę, którą położyłem na łóżku obok głowy Sherlocka.

- Na wypadek, gdybyś się poczuł samotny. – Całkiem świadomie postarałem się, by zabrzmiało to zjadliwie.

Jeszcze raz przeczytałem uważnie materiały o Haloperidolu i skutkach ubocznych, które dosłownie podnosiły włosy na głowie. Doczytałem się też, że nikotyna może obniżyć poziom tego leku we krwi nawet o czterdzieści pięć procent. Sherlocka prawdopodobnie właśnie to zmyliło: łykał prochy i pewnie nie czuł szczególnej różnicy, bo jednocześnie przyklejał sobie plastry nikotynowe. Zwiększył dawkę, nastąpiło przesycenie, lawinowa reakcja organizmu i coś w rodzaju krótkiego spięcia w mózgu. Z drugiej strony nikotyna go również uratowała, w przeciwnym wypadku mógłby już być warzywem. Koszmar... Zadzwoniłem do Sally Donovan, by jeszcze raz podziękować i w oszczędnych słowach zawiadomić ją, że wróciłem do domu i zażegnałem kryzys. Wysłałem esemesa do Nigela. A potem zająłem się własnymi sprawami. Czyli właściwie niczym szczególnym. Zrobiłem większe zakupy spożywcze. Zszedłem na dół do pani Hudson, wypiłem u niej morze herbaty i opowiadałem o zabytkach Dijon. Byłoby przemiło, gdyby w tyle głowy nie tkwił mi cały czas obraz mumii zawiniętej w kołdrę, tkwiącej w sypialni piętro wyżej.



[1] (ang.) posttraumatic stress disorder; zespół stresu pourazowego



poniedziałek, 09 kwietnia 2012, toroj

Polecane wpisy

  • Chcesz być moim nieprzyjacielem?

    Miałam szczerą chęć opisać swoje wojaże w góry, ale wpadłam po uszy w całkiem inny projekt. Do przeczytania tutaj: Chcesz być moim nieprzyjacielem?

  • W Internecie jest nie tylko porno

    Tytuł: W Internecie jest nie tylko porno Autor: cyerus Oryginał: The Internet Is Not Just For Porn Zgoda na przekład: brak kontaktu Tłumacz: toroj Fan

  • Na wakacjach

    Na wakacjach autor: songlin tłumaczyła: Toroj oryginał: On Holiday źródło: http://archiveofourown.org/works/386326 kategoria: humor, slash seria: „Wol

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: