CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
NORMALNOŚC cz. 3
- Ja pierdolę... Ja pierdolę... – powtarzał Nigel, gapiąc się w ekran. Przygarbiony, przesuwał powoli swoimi krzepkimi łapami po czole i włosach, jakby chciał sobie ściągnąć skórę z czaszki. – Johnny Boy, przecież ten gość to totalny świr! - O, obraziłby się, gdyby to usłyszał – odparłem. – Powiedziałby, że jest, proszę ja ciebie, wysoko funkcjonującym socjopatą. Ma swoją godność. Poza tym, Czołg, weź się opanuj. Wierzysz w to, co ludzie piszą w sieci? Na temat Sherlocka krąży tyle pierdół, że nawet jak się między nie zaplącze jakaś prawda, to jej nie rozpoznasz. Jedynymi miarodajnymi źródłami są mój blog i jego strona o dedukcji. Reszta to zwykle brednie.

 

- Więc to nieprawda, że paradował po mieście cały we krwi i z dzidą?

- To był harpun.

Nigel rzucił mi spojrzenie nie do opisania.

- John, ja się zaczynam o ciebie martwić. – Popukał palcem w ekran. – Ten gościu to wariat.

- Ekscentryk – wtrąciłem.

- I ten ekscentryk, powiadasz, wybrał sobie ciebie, bo leci na wojskowych? Jezu Chryste, moja noga już nigdy nie postanie w Anglii! – Nigel uniósł ramiona w komicznym geście przestrachu. Nie mogłem opanować śmiechu, i on również.

- Ano, wybrał mnie, ale nie tylko z powodu munduru. Nigel... On po prostu był bardzo, ale to bardzo-bardzo samotny. – Uśmiech spłynął mi z twarzy. – A teraz ja wyjechałem i on znów jest sam. Obkleja się plastrami nikotynowymi, gada do czaszki, albo co gorsza wtrąca się w sprawy złych i potężnych ludzi, którzy chętnie by go zlikwidowali.

- Aż tak źle?

- Połowa Anglii uważa go za dobroczyńcę, druga połowa za najgorszego wroga, a trzecia za psychola. I tylko ja trwam u jego boku jak ten Sancho Pansa. To znaczy trwałem.

- Johnny, szkoły co prawda kończyłem dawno, ale pani od matmy mówiła, że nie może być trzech połówek.

Machnąłem tylko ręką i wybrałem w komórce numer Sherlocka. Odbierz, odbierz, odbierz... Nie odebrał.

- Cholera!

Nigel opuścił klapę laptopa. Na jego twarzy malował się wyraz stanowczości.

- John, ile ten twój Holmes ma lat?

Policzyłem szybko w myślach.

- Prawie trzydzieści dwa.

- Zlituj się, ty w tym wieku zaliczyłeś już wojnę i kulkę! To nie jest dzieciak. Jakoś przeżył bez ciebie większą część życia. Sam go wychwalałeś pod niebiosa, jaki to on inteligentny. I strzelać potrafi, i w mordę, jakby co, umie dać. Przestań histeryzować.

Nigel miał rację, oczywiście, że miał. Ale... To był Sherlock. Sherlock, który zapominał, że należy od czasu do czasu coś zjeść. Sherlock, który miał instynkt samozachowawczy na poziomie leminga. Sherlock, którego ledwo dwa miesiące temu widziałem na szpitalnym łóżku, oplecionego rurkami i przewodami. Rozum mówił jedno, a głupie serce coś całkiem przeciwnego. Ale pani Hudson, albo Lestrade chyba by do mnie zadzwonili, gdyby przydarzyło mu się coś złego? Tak, na pewno ktoś by zadzwonił...

Czołg wstał energicznie.

- Kapitanie Watson, baczność!

Wyprostowałem się odruchowo.

– Bierz latarkę i wodery! Idziemy nad rzeczkę. No już, już, ruchy! Nie mogę patrzeć, jak gapisz się na komórkę z miną wyliniałego królika. Jak już masz się w coś ślepić, to w wodę, przynajmniej będzie z tego jakiś pożytek. 

Słońce za oknem już zachodziło.

- Nie za późno na ryby?

- Na szczupaka nie, ale jego się łowi na żywca, a my nie mamy odpowiedniej przynęty. Wybierzemy się na raki, z kubełkiem. Łapałeś kiedy raki, Johnny Boy?

- Nigdy w życiu. Jak to się robi?

- Rąsią za ogonek. I nie puszczaj, nawet jak uszczypnie.

Co ten facet, ze swoją namiętnością do wody godną bobra, robił przez dwa i pół roku w suchym jak pieprz Afganistanie? Zagadka stulecia.

Ale zabawa rzeczywiście była przednia. Łaziliśmy z latarkami po płyciznach Ouche i łapaliśmy te wąsate skórkowańce, które zachrzaniały po dnie jak małe nakręcane samochodziki. A wydawało mi się, że raki są niemrawe... Może dlatego, że zawsze je widziałem tylko w markecie, w dziale rybnym, ładnie poukładane na lodzie obok ośmiornic i małży. Naturalnie Nigel złapał więcej. Za to mnie więcej razy szczypnęły, dranie. W końcu obaj, mimo woderów, byliśmy mokrzy po pachy, zziębnięci i rozdokazywani jak para smarkaczy, a w wiaderku chrobotały jakieś trzy tuziny raków  – akurat na skromną przekąskę, jak stwierdził Czołg. Żeby całkowicie zaspokoić apetyt mego kumpla, musielibyśmy chyba wyłapać raki z całej rzeki.

Moja Nokia, którą zostawiłem na stole w salonie, musiała oczywiście zadzwonić, kiedy przebierałem się w suche rzeczy. Wypadłem z pokoju gościnnego, omal nie wyrywając drzwi z zawiasów, bez koszuli i w niedopiętych dżinsach. Spojrzenie na wyświetlacz i głębokie rozczarowanie. Oraz niepokój. Och, Donovan...?

- Cześć, Sally. Co z Sherlockiem?

Nigel przewrócił oczami, robiąc minę, jakby go zemdliło. Głos Sally chwilami trochę zanikał w szumach, musiała mieć słaby zasięg.

- Cześć, John. Dlaczego uważasz, że dzwonię w sprawie Holmesa?

- Bo ty nigdy do mnie nie dzwoniłaś ot tak sobie, więc coś musiało się stać, a naszymi jedynymi punktami stycznymi są Sherlock i Greg. Który jest w szpitalu?

- Żaden, ale masz rację, coś jest nie tak.

- Co?! – Ściskałem komórkę tak, że mało jej nie zmiażdżyłem.

- John, nie krzycz. Dla mnie Holmes może się wypchać i zakwitnąć, ale pośrednio to dotyczy ciebie, a ja nie chcę ci podkładać świni. Wpadłam dziś na twojego faceta na ulicy, a on... no, nie wyglądał za dobrze.

- Co znaczy „nie za dobrze”?

- Jakiś taki wymiętoszony, ewidentnie ćwierćprzytomny... pijany?

- Sal, on nie pije, tego jestem absolutnie pewien. Nigdy nie wykracza poza dwa drinki.

- No to na sto procent czymś naćpany. Nieogolony, oczy szkliste, wyglądał jak typowy ćpun w ciągu. Crack, amfa, cholera wie, co brał, ale... John, on mnie nie poznał! Ja do niego „cześć”, a on spojrzał przeze mnie na wylot, jakbym była ze szkła i poszedł dalej. Słyszałam, że wyjechałeś. Zanim zamelduję w narkotykowym i zrobią wam nalot na mieszkanie, może lepiej, żebyś wrócił i sam się w tym połapał? John...?

Zrobiłem bardzo głęboki, powolny wdech, a potem równie powolny wydech. Spokojnie. Spokojnie...

- Dziękuję, Sally. Jesteś naprawdę dobrą przyjaciółką.

- Dobra, muszę kończyć, to połączenie kosztuje majątek. Trzymaj się, John.

- Ty też. Jeszcze raz dzięki.

Czołg pytająco uniósł brwi, kiedy kończyłem tę rozmowę.

- Złe wieści?

- Nienajlepsze. Pożycz mi swoją komórkę.

Wystukałem na klawiaturze numer Sherlocka, a potem słuchałem powolnych sygnałów oczekującego połączenia. Jeśli nie odbierał z powodu tego, że był na mnie nadal obrażony, istniała szansa, że przyjmie rozmowę z obcego numeru. Pięć, osiem, dziesięć leniwych „tyyyt, tyyyt, tyyyt...”. Nic.

- Johnny, masz minę jakbyś zobaczył kostuchę – powiedział Czołg, odbierając mi swój telefon. – Co się dzieje?

- Nie wiem, ale nic dobrego. Muszę wracać do domu i to natychmiast. Sprawdzisz mi pociągi do Londynu?

- Może chociaż zaczekasz do jutra?

- Jak uda mi się złapać nocny, to będę w Londynie o świcie.

- Poczekaj do rana i leć samolotem.

- Nie stać mnie na samolot.

Nigel popchnął mnie w stronę gościnnej sypialni.

- Jezu, ubierz się w końcu. Pożyczę ci kasę.

- Nie. Nie wiem, kiedy będę mógł ci oddać. Straciłem pracę i jadę teraz na gołej emeryturze.

- To ci nie pożyczę, tylko zwyczajnie dam! Marion i tak mnie sczyści z ostatniego euro, jeśli tylko zdoła. Nawet kupię ci bilet na pierwszą klasę, to będzie moja zemsta za tę jej pieprzoną tapetę! A w ogóle to mogę lecieć z tobą i pomóc.

Zamarłem podczas zapinania guzików.

- Czołg, przecież Sherlock jest dla ciebie zupełnie obcym człowiekiem.

- Ale ty nie jesteś obcy, Johnny. I mam wobec ciebie dług wdzięczności.

- Chyba odwrotnie.

- Johnny Boy, gdybyś nie zadzwonił i nie przyjechał, to bym tu chlał i pogrążał się w depresji rozwodowej. Teraz co prawda też chleję, ale przynajmniej na wesoło. A poza tym jestem sentymentalnym osłem i zazdroszczę temu twojemu kryminaliście.

- Kryminologowi.

- Jeden pies. Dostajesz cynk, że ma kłopoty i natychmiast lecisz na ratunek, mało kapci nie pogubisz. Jezus, chciałbym, żeby ktoś tak dbał o mnie. Czy on chociaż na to zasługuje?

Wzruszyłem ramionami.

- Skoczył dla mnie z dachu. Ludzie uważają, że szaleńcom takie rzeczy lekko przychodzą, ale to wcale nie było dla niego łatwe. On się wtedy bał, Czołg. Był autentycznie przerażony, a jednak to zrobił, bo uważał, że nie ma innego wyjścia. I tylko dlatego teraz żyję. Co ze mnie byłby za człowiek, gdybym wymienił przyjaciela na urlop, nawet tak fajny jak ten u ciebie?

*

Czołg jednak dał się przekonać i nie poleciał ze mną do Anglii, co przyjąłem ze skrywaną ulgą. Jeśli Sally miała rację i Sherlock ponownie sięgnął po narkotyki, wolałem, żeby Nigel nie widział go w takim stanie. Już i tak uważał, że pan detektyw-konsultant nie jest dla mnie odpowiednim towarzystwem. Za to zafundował mi bilet w biznes klasie, gdzie traktowano mnie (mimo podniszczonych butów i kurtki z secondhandu) jak multimilionera incognito. Cieszyłbym się tym bardziej, gdyby nie zżerający mnie od środka niepokój.

Z lotniska zadzwoniłem do pani Hudson. Ucieszyła się, że wracam. Co u Sherlocka? Ostatnio wydawał się przybity, milczący, nadąsany, miał „te swoje dni”, więc rzadko wchodziła na górę, a on równie rzadko pojawiał się u niej. Teraz, kiedy spytałem, pomyślała, że rzeczywiście nie widziała go od jakiegoś czasu. Pewnie znów ma sprawę i biega ciągle po mieście, prowadząc śledztwo. Albo jest na górze i jeszcze śpi.

Była prawie dziewiąta, kiedy dotarłem na Baker Street. Dobry Boże, spraw, żeby Sherlock był cały, zdrowy i w domu. Jak miałbym go odnaleźć w siedmiomilionowym mieście, jeśli gdzieś się włóczy? No tak, jest przecież Mycroft i jego maleńka, domowa siatka szpiegowska. Jeśli Sherlock szwendał się po ulicach w stanie niepoczytalności i rozrabiał, na pewno wychwyciły to wszędobylskie kamery i niesforny Holmes Młodszy zapewne właśnie bębni pięścią w drzwi bez klamki w jakiejś prywatnej klinice, odgrażając się Holmesowi Starszemu.

Przekraczając próg mieszkania, spodziewałem się okropnych okropności. Niemożebnego syfu (nie było mnie przecież przez dwa tygodnie), smrodu gumy pieczonej w mikrofalówce, porozrzucanej wszędzie odzieży i brudnych skarpetek, eksperymentów w każdym możliwym miejscu, dymu papierosowego takiej gęstości, że można by w nim zawiesić kałasznikowa, strzykawek, igieł, fajki do cracku i może jeszcze pustych flaszek po wódce poniewierających się pod nogami, choć przecież wiedziałem, że Sherlock gardzi używkami tak pospolitymi jak zwykły alkohol. Byłem tak nakręcony, że kiedy zobaczyłem salon nie zmieniony w lej po bombie, upuściłem torbę z zaskoczenia.

Acha, czyli Mycroft ostatecznie zgarnął braciszka z ulicy. Muszę do niego zadz...

Sherlock jednak był w domu. W postaci żałosnego, wymiętoszonego kłębka, skulonego na moim fotelu, w bardzo niewygodnej pozycji. Widziałem tylko jego rozczochrane włosy i zwisające z podłokietnika chude ręce, wystające z rękawów płaszcza – umorusane i pokryte rdzawymi smugami zaschniętej krwi. Podszedłem, odsunąłem kołnierz, zakrywający Sherlockowi większą część twarzy, lecz nawet się nie poruszył. Sally miała rację w całej rozciągłości. Boże miłościwy, jak mógł się tak stoczyć? Holmes, ten obsesyjnie czysty Holmes, zawsze nieskazitelnie wypucowany, teraz był po prostu ordynarnie brudny! Płaszcz miał ubłocony, podobnie jak buty i nogawki spodni. We włosach, które wyraźnie tęskniły za prysznicem i grzebieniem, tkwiło pełno jakichś patyczków, trawek i drobinek zeschłych liści, jakby tarzał się po trawniku. Przez zarośnięty ciemną szczeciną policzek biegło zadrapanie. Wargi Sherlocka były suche i spękane, w kąciku ust widziałem grudkę zakrzepłej krwi.

No i te jego ręce: z żałobą pod paznokciami i obitymi kostkami prawej... Jak nic uczestniczył w jakiejś zadymie!

- Sherlock! – Potrząsnąłem jego ramieniem, ale nie doczekałem się żadnej reakcji.

Zdarłem z niego dość niedelikatnie płaszcz, odkrywając kolejne, wielce podejrzane plamy na koszuli. Szlag, pan detektyw zwyczajnie śmierdział! Kazałem mu się ogarnąć, a ten wręcz przeciwnie, ześwinił się na amen. Co to miało być? Akcja protestacyjna „Na złość mamusi się przeziębię”?!

Bez żadnych ceregieli podniosłem Sherlockowi powieki. Źrenice miał czarne i gigantyczne jak wyloty luf sztucera na słonie. Dopiero to wywołało jakąś reakcję – skrzywił się i odwrócił twarz, bo raziło go światło.

- Wstawaj! Czym się tak nawaliłeś, lebiego nieszczęsna?! – warczałem, łapiąc Sherlocka za klapy i potrząsając nim bezlitośnie. – Oprzytomnij wreszcie!

Równie dobrze mógłbym przemawiać do czaszki na kominku. Przewrócił tylko błędnie oczami, łapiąc spazmatycznie oddech i poruszając ustami, jakby coś próbował przełknąć. I wówczas zdałem sobie sprawę, że zaślepiony gniewem, zapomniałem o jego prawdziwym stanie: prawdopodobnie nie jadł od wielu dni (jak to on), a już na pewno od dawna niczego nie pił i był odwodniony. Powinienem natychmiast go ratować, nim dostanie zapaści.

Zakrztusił się wodą podaną w szklance, musiałem go poić łyżeczką – łykał odruchowo, zupełnie nie kontaktując.

- Boże miłosierny... Coś ty ze sobą zrobił, Sherlock?

Zdjąłem mu marynarkę, podwinąłem rękawy koszuli, spodziewając się śladów po igłach, ale znalazłem jedynie dwa sfatygowane plastry nikotynowe – na wszelki wypadek zerwałem je i sprawdziłem skórę pod spodem. Nic. Czyli kokaina? Tradycyjnie kreski na lusterku, czy może crack z lufki? Próbowałem sobie przypomnieć wszystkie sposoby przyjmowania rozmaitych narkotyków, o jakich słyszałem. Narkomani wykazywali pod tym względem niesamowitą inwencję. Mam nadzieję, że nie wąchał kleju? Nieee, to by było dla tego pana zbyt prostackie. Poza tym okropnie niszczyło neurony, a ze swoim nadzwyczajnym mózgiem pan geniusz jednak się liczył. Z drugiej strony, Sherlock wyglądał w tej chwili tak, że posądziłbym go o wszystko. Zeżarcie nasion bielunia w ramach eksperymentu już kiedyś zaliczył, teraz równie dobrze mógł się odurzać acetonem. Choć zdaje się, że chemikalia dawały całkiem odwrotne objawy: pobudzenie, a nie taką sflaczałość. Miałby też katar i oczy czerwone jak królik-albinos.

Kosztowało mnie sporo wysiłku zmuszenie Holmesa do przyjęcia postawy pionowej i zaprowadzenie go do łazienki.

- Rozbierz się i umyj! – poleciłem stanowczo, klepiąc go dla pewności po policzkach. Chyba do niego coś w końcu dotarło, bo zaczął niemrawo rozpinać guziki.

Wróciłem do salonu. Od czego zacząć? Lekarz...? Cholera, to ja byłem lekarzem! Moje medyczne wyczucie mówiło mi, że naćpany detektyw-konsultant jeszcze nie zdycha, więc powinienem go po prostu nawodnić, zapakować do łóżka i przypilnować, żeby odespał ten swój drag-festiwal. A tak nawiasem, co robił tutaj, w domu – zupełnie sam, bez żadnego dozoru? Mycroft zaspał czy zaślepł?! A może spóźnił się z wypłatą dla Sherlockowych „ogonów” i chłopcy olali robotę?

Holmes ministerialny odebrał od razu. Nigdy nie nadużywałem jego prywatnego numeru na głupstwa, więc wiedział, że jeśli na wyświetlaczu pojawi się „Watson” (czy jakkolwiek mnie wpisał do książki adresowej), sprawa jest poważna i na sto procent dotyczy jego marnotrawnego brata.

- Mycroft Holmes, słucham.

- Twój brat łazi po mieście ewidentnie naćpany i wdaje się w bójki! – Byłem tak wściekły, że ledwo panowałem nad głosem. – Kamery wam padły czy macie strajk chodnikowych agentów? Nie jesteście w stanie upilnować jednego człowieka?!

- Według moich informacji, Sherlock w ostatnich czasach nie miał żadnych kontaktów z dilerami. – Głos Mycrofta w słuchawce był lodowaty, niemal widziałem jego nienaturalną, kamienną minę, ledwo skrywającą pogardę. – Wręcz przeciwnie, zachowuje się zadziwiająco spokojnie. A jeśli masz jakieś zastrzeżenia do pracy moich agentów, trzeba było nie wyjeżdżać do Dijon.

Trafił mnie cichy szlag.

- Przypominam, że nie jestem jednym z twoich opłacanych fagasów. Mam prawo do prywatnego życia i do urlopów.

- Oczywiście, doktorze Watson. Pamiętam, że nie jest pan jednym z moich tak zwanych fagasów. Pan jedynie pieprzy się z moim bratem.

Wcisnąłem czerwoną słuchawkę, z trudem się powstrzymując, by nie cisnąć z furią komórką. Niech cię diabli, Mycroft! Wziąłem głęboki oddech i poszedłem do łazienki, skontrolować Holmesa młodszego. No tak... Nawet nie odkręcił kranu. Energii i przytomności starczyło mu jedynie na to, by się rozebrać, usiąść w brodziku, obejmując kolana ramionami i ukryć w nich twarz. Może powinienem swego czasu przyjąć ofertę Mycrofta. „Całodobowa opieka nad trzydziestoletnim socjopatą-narkomanem”. Jasno określone zasady, wysoka pensja, wychodne co trzecią sobotę. Ze złością puściłem strumień zimnej wody. Sherlock wydał zduszony krzyk i zwinął się jeszcze ciaśniej. 

„Boże, znowu to robię. Wyładowuję się na Sherlocku, choć wkurzył mnie kto inny”.

Czym prędzej ustawiłem ciepłą wodę. Gąbka, żel do kąpieli... Sherlock nie współpracował. Większość czasu był całkiem bierny, zupełnie jakby spał z otwartymi oczami. Myjąc go, zalałem pół łazienki i sam ociekałem wodą, więc musiałem ściągnąć koszulę. Z wycieraniem poszło lepiej, ale jak miałem Sherlocka przetransportować do sypialni? Wagowo ledwo mieścił się w dolnych granicach normy, ale jego sto osiemdziesiąt cztery centymetry wzrostu dawały w rezultacie całkiem solidne siedemdziesiąt kilo do dźwigania. Musiałem sobie przypomnieć zasady przenoszenia rannych, jakie wpajano nam na kursie medycyny pola walki. Zwaliłem swój żywy (i nagi) ciężar na łóżko. Przez moment rozważałem ubranie go w piżamę, ale w końcu machnąłem ręką. Wbijanie bezwładnego i nadal wilgotnego ciała w czepliwą bawełnę zupełnie mi się nie uśmiechało. Ułożyłem więc tylko Sherlocka w pozycji bocznej ustalonej, wtykając mu poduszkę pod głowę, i starannie otuliłem kołdrą. Jakoś w trakcie niezauważalnie przeszło mi najgorsze wkurzenie.

A potem przykucnąłem obok łóżka, patrząc na szczupłą, kanciastą twarz Holmesa Marnotrawnego.

- Och, Sherlock... Czy ty nie masz ani krzty instynktu samozachowawczego? Coś ty znowu narobił? Spacerujesz po ostrzu noża, a ja już jestem zmęczony ciągłym pilnowaniem, żebyś się nie pociął na plasterki.

Ciemne rzęsy uniosły się powoli.

- John... wróć już... do domu... ogarnąłem... się... – Usta i nos Sherlocka drgnęły, jakby próbował zrobić „królika”, ale powieki mu opadły i ponownie zasnął. A może wcale się nie obudził? Zdaje się, że byłem dla niego jedynie postacią ze snu.

„Ogarnąłem się!” Ładne kwiatki, nie ma co. Co on brał, na litość boską?! I gdzie to schował? Narkomani, jeśli chodzi o skrytki na prochy, potrafią się wspiąć na szczyty pomysłowości, a Sherlock lewitował ponad tymi szczytami. Jego zwykłe skrytki były pewnie dziewiczo puste, wymyślił coś innego. Potrwa tydzień, zanim przegrzebię ten jego śmiet... Uderzony nagłą myślą, rozejrzałem się wokoło. W sypialni Sherlock zawsze bałaganił umiarkowanie lub wcale. To była jego „przechowalnia”, której nie zaszczycał odciskaniem piętna swej bujnej osobowości. Dokoła panował nieskazitelny porządek. Zajrzałem do łazienki: potop na podłodze i poniewierające się w kałuży ręczniki były moim dziełem; ponadto zauważyłem czyste lustro, brak śladów pasty do zębów w umywalce i równiutko poustawiane w szafce kosmetyki. Przeszedłem do kuchni. Zdenerwowany stanem Sherlocka, wcześniej nie zwróciłem większej uwagi na stan pomieszczenia. Ze stołu zniknęło laboratorium. Żadnych brudnych naczyń w zlewie, czyste blaty szafek. To nie było normalne. Nieufnie zajrzałem do lodówki. Tekturowe opakowanie, w którym zostało ostatnie jajko. Otwarty karton mleka. Jeden samotny jogurt truskawkowy, dwa plasterki sera i napoczęty słoik pesto. Istniały przesłanki, że Sherlock coś jadł. Poza tym pustki. Żadnych wypreparowanych wyrostków robaczkowych, fragmentów jelit, oczu w słoiku czy męskich stóp w rozmiarze 46.

Największe zmiany zastałem w salonie. Owszem, nadal wszędzie piętrzyły się graty, książki i papierzyska, ale był to chaos ujarzmiony. Wszystko w wyrównanych pod sznurek stertach, posegregowane, popakowane do pudełek... Na biurku, gdzie wcześniej panował radosny rozgardiasz, wszystko zostało pedantycznie poukładane: laptop, notes i długopisy w kubku, a wycinki prasowe tkwiły w teczce. Zniknęła nawet przybita nożem do ściany plansza z Cluedo. Nie wierzyłem własnym oczom. Sherlock posprzątał? Czy to właśnie tego wysiłku (heroicznego dla wieczystego niechluja) dotyczyły słowa „ogarnąłem się”? To było... niesamowite! Jednak czułem jakiś podskórny niepokój, moja podświadomość krzyczała, że coś jest NIE TAK! Dopiero kiedy przesunąłem palcami po klapie laptopa i zobaczyłem, jak pozostawiają ciemniejszy ślad w cieniutkiej warstewce kurzu, zrozumiałem, co mi przekazywał instynkt. Dokoła panował zakurzony porządek. Sherlock nie dotykał tych rzeczy już od dłuższego czasu. Tknięty nową myślą, podszedłem do półki, na której leżały skrzypce. Futerał instrumentu również okrywał kurz. I wówczas za gardło chwyciło mnie autentyczne przerażenie.

Sherlock chory, Sherlock ranny, Sherlock w depresji, w manii, obrażony, wściekły, a nawet Sherlock znarkotyzowany – to wszystko były elementy mieszczące się w moim pojmowaniu rzeczywistości. Natomiast Sherlock robiący porządki (lub pozwalający ruszać swoje rzeczy sprzątaczce) wykraczał daleko poza te ramy. A już Sherlock oddzielony od swoich skrzypiec – to była jakaś kosmiczna makabra! Przecież on to muzyczne pudło wlókł ze sobą nawet do Dartmoor, zakłócając ciszę nocną mnie i reszcie gości z zajazdu „Cross Keys”.

Nie, nie, nie, nie! Co się tu, do ciężkiej jasnej cholery i grypy działo?! Czym on się nafaszerował?! Jakimś własnym wynalazkiem?

Nie dowiem się, póki nie wróci do rzeczywistości. A i wtedy nie wiadomo, czy zechce odpowiedzieć na to pytanie.

Pobiegłem do siebie na górę, włożyłem pierwszą lepszą bluzę i zabrałem stary, wierny zestaw medyczny w aluminiowym kontenerku. Od czasu spektakularnej grypy jelitowej Sherlocka wzbogacił się o wiele nowych elementów. Między innymi elektroniczny termometr, którego nie można było rozgryźć.

Ciśnieniomierz zasygnalizował u Sherlocka szkaradne niedociśnienie, a badanie osłuchowe wykazało kołatanie serca i depresję oddechową – co mi się bardzo nie podobało. Logiczne wydawało się wezwanie ambulansu i szpital, ale kiedy pomyślałem, jaki skandal to wywoła, z jaką radosną furią rzucą się na Sherlocka wszystkie dziennikarskie hieny, dostałem dreszczy. Przedsmak tego odczuliśmy już w lipcu, kiedy goryl Mycrofta musiał odpędzać ścierwojady spod Sherlockowej separatki, a przecież wtedy ci osobnicy zachowywali jeszcze jakieś pozory przyzwoitości (nie wypada pastwić się nad rannym, cierpiącym człowiekiem). Natomiast gdyby padło magiczne słowo „narkotyki”, Sherlock musiałby chyba poddać się operacji plastycznej i wyjechać do Peru, bo inaczej zjedliby go żywcem.

A więc na razie dom i ścisły monitoring, a telefon pod 112 jedynie w przypadku nagłego załamania funkcji życiowych.

*

poniedziałek, 09 kwietnia 2012, toroj
Tagi: sherlock

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: