CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
NORMALNOŚĆ cz. 2
W taki to sposób zamiast na rozkładanej kanapie u Harry wylądowałem po drugiej stronie kanału La Manche w chalet Czołga. Cisza, spokój, żadnego strzelania do ścian, niczyich fochów... Nigel pasł mnie obfitymi angielskimi śniadaniami, gdyż tradycyjnym francuskim rogalikiem z kawą głęboko gardził i nazywał „paszą dla pedziów”. (Muszę przyznać, że zrobiło mi się ciut głupio, kiedy to usłyszałem). Obiady za to robił czysto francuskie: wołowina po burgundzku, ratatouille, crêpes... Po długotrwałym spożywaniu głównie mrożonek, czułem się jak w kulinarnym raju. O Sherlockowym kurczaku w sosie czosnkowym uparcie starałem się nie myśleć.

 

Byłem jeszcze mało mobilny, więc pierwsze dni spędziliśmy głównie na pomoście, mocząc kije. A branie było piękne. Trochę się w pierwszej chwili zbulwersowałem, bo Czołg wyrzucał z powrotem do wody tylko największe i najmniejsze sztuki, a te średnie lądowały w wiaderku. Myślałem, że skurczybyk najbezczelniej kłusuje, ale wyjaśnił, że we Francji można zabierać połów, jak się chce. Boże, błogosław Francję - jeszcze nigdy nie jadłem tak pysznej ryby, jak ta z Nigelowego grilla! Raz Czołg zabrał mnie też swoim „krążownikiem szos” do niewielkiej, sympatycznej brasserie w samym Dijon.

Moje kolano goiło się doskonale, pod koniec tygodnia zdjąłem sobie szwy – w warunkach iście polowych, za pomocą nożyczek ze szwajcarskiego scyzoryka, pęsetki, oraz większej ilości odkażacza do użytku zewnętrznego i wewnętrznego. Albowiem z tej okazji naoliwiliśmy się z Nigelem okrutnie kawą ze spirytusem medycznym, oraz francuskim winem, belgijskim piwem i na deser jeszcze nalewką pomarańczową. Ta nalewka była błędem, bo okazało się, że mam alergię na pomarańcze. Zdecydowanie byłem na nie uczulony – umierałem następnego dnia na straszliwego kaca. Ostatni raz tak chorowałem wówczas, gdy w bazie Warrior piliśmy z Ukraińcami. To był czarny dzień dla brytyjskiej armii. Kiedy po drugim litrze zaczynaliśmy już lekko spływać z taboretów, ale bardzo godnie udawaliśmy, że widzimy normalnie, a nie poczwórnie, Sergey zatarł tylko łapki, wyciągnął kolejną flaszkę i rozlał, mówiąc: Vot trenirovka akonchena, moshna nachinat’ seryozno.[1] Nasz dowódca, kiedy następnego dnia zobaczył tę żałość i nędzę, nawet nie kazał nam stawać do raportu, bo „stanąć” nie moglibyśmy nawet z lufą przystawioną do głowy. Co oczywiście nie znaczyło, że nie wlepił nam karniaków. Głównie chyba dlatego, że nie obroniliśmy honoru Wielkiej Brytanii. Trudno, robiliśmy co w naszej mocy.

W chalet Czołga powróciły tamte wspomnienia z pustyni. Zdecydowanie: następnym razem żadnych pomarańczy!

Na szczęście Nigel był przewidujący oraz doświadczony, więc w jego lodówce znajdował się i spory zapas ayranu[2], i sałatka z cytryn, a na szafce w dwulitrowym termosie stała herbata, słodka jak piekło dentystów.

Niepokoiło mnie jedno: ile i co gadałem w czasie tego spontanicznego pijaństwa? Wiadomo, że po alkoholu wyłazi z człowieka prawda. Często niemiła, czasem łzawa, jednak niezależnie od konstrukcji psychicznej pijącego zawsze jest to prawda krępująca i wstydliwa, kiedy się na nią spojrzy już na trzeźwo. Pewnie to było jednym z powodów, dla których nie akceptowałem problemu Harry. Z niektórych ludzi po pijaku wypełzają demony i ci w ogóle nie powinni sięgać po kieliszek. Z Harry po wódce wyłaziły stwory ciemności. Co wylazło ze mnie? Pamiętałem, jak Nigel skarżył się na kompletne niezrozumienie ze strony Marion, a ja twierdziłem, że kobiety są ogólnie przereklamowane. Szlag... Reszta wieczoru stanowiła czarną dziurę. Miałem nadzieję, że Czołg również miał przerwę w życiorysie. I chyba ją miał rzeczywiście, bo nawet się nie zająknął na temat tego, co mogłem wygadać w chwili niepoczytalności. Słowa „pasza dla pedziów” rzucone z bezmyślną swobodą, tkwiły mi w głowie jak cierń.

Poza tym jednak naprawdę czułem się u Nigela świetnie. Piękna okolica, pogoda jak złoto – w Londynie było o tej porze roku ciepło, ale pochmurno i mokrawo, a tutaj nawet się opaliłem. Ryby, poker, strzelanie do rzutków... Męskie rozrywki. Samo Dijon też było bardzo przyjemnym miastem, z ładnymi zabytkami i całkiem ciekawą historią. Łapałem się na myśleniu, że Sherlockowi pewnie podobałyby się: wielka gotycka katedra, fontanna Maxa Blondata z dziećmi i żabami (choć nazwałby ją sentymentalnym kiczem), Palais des ducs de Bourgogne i dzielnica antykwaryczna, a nawet turyści, których by sobie z rozkoszą skanował. Odpędzałem te niechciane myśli, łaziłem z Czołgiem po okolicy, obserwowaliśmy wieczorami nietoperze – a mnie się przypominał ten wypchany z gablotki na kominku... Oglądaliśmy mecze i najgłupsze filmy sensacyjne, jakie mogliśmy znaleźć, traktując je jak komedie – i znowu zastanawiałem się, jak by skomentował tę czy inną scenę Sherlock. Brakowało mi koncertów skrzypcowych, a nawet „niespodziewajek” w lodówce, co było naprawdę dziwne. Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, włączałem komputer, by sprawdzić pocztę, a w rezultacie wyrzucałem tylko ze skrzynki spam. Nikt do mnie nie pisał. Wycieczka do Francji z paru dni wydłużyła się do tygodnia, potem do dwóch... Nie mogłem już oszukiwać sam siebie: tęskniłem coraz bardziej, tęskniłem jak wariat, a Sherlock tymczasem uparcie milczał. Glizda puszysta... Każdy sygnał nadchodzącego esemesa sprawiał, że czułem skurcz w dołku, i za każdym razem przeżywałem rozczarowanie. Reklama, przypomnienie o spłacie rachunku, niezobowiązujące zagajenie od Stamforda: Co u ciebie? Nie widać cię ostatnio oraz pełno powiadomień od operatora sieci o promocjach i tego rodzaju szajs. W końcu złamałem się i zadzwoniłem tylko po to, żeby usłyszeć aksamitny baryton, mówiący: „Holmes, słucham...?” ale mój detektyw nie odebrał, nawet po dziesięciu sygnałach.

8888

Obudziłem się czując potrząsanie za ramię i słysząc jeszcze swój własny jęk i szloch. Sherlock...?

- Spokojnie, stary. To tylko cholerny zły sen. - Czołg poklepał mnie krzepiąco po łopatce. – Chcesz drinka?

Czułem chłód - piżamę miałem przesiąkniętą potem, poduszkę mokrą od łez i śliny. Z trudem zmusiłem język i wargi do współpracy.

- N-nie... Dzięki. Her-h-baty... jeśli można.

Nigel podniósł się ze skraju gościnnego łóżka, prostując potężne ramiona.

- Typowy Angol z ciebie. Herbatka dobra na wszystko? – mruknął, wychodząc do salonu.

Za oknem było szaro, świtało.

- Przepraszam, Nigel. Nie wyspałeś się przeze mnie – powiedziałem, kiedy dziesięć minut później siedzieliśmy nad dwoma kubkami parującego mocnego Darjeelinga. Czołg wzruszył tylko ramionami.

- Pierdolona pustynia... Zasypuje człowiekowi rozum piachem i nie odpuszcza całymi latami. W razie czego zrobisz dla mnie to samo, no nie?

- Jasne.

Każdy z nas przywoził z wojny swoje demony. Ostrzał, rakieta rozwalająca barak, porozrywane ciała kolegów, śmierć spadająca z nieba w środku dnia albo otwierająca głodną paszczę wprost z ziemi. Czołg był spokojny i cierpliwy. Ja też zwykle byłem spokojny i cierpliwy... Wszyscy tacy byliśmy – my, Afgańcy. Żaden dowódca, jeśli nie musi, nie wyśle na wojnę żołnierza, któremu w testach wyjdzie możliwość, że pewnego pięknego dnia dostanie pierdolca, rozpocznie mordobicie w koszarach, skrewi na akcji lub nawet zacznie latać po bazie z bronią, strzelając do swoich. Za to stres wychodził nam potem niejako bokiem. W nocnych koszmarach, płaczu, krzykach, a nawet zawstydzającym moczeniu prześcieradeł. I to była jeszcze ta lepsza opcja. Niektórzy „cisi i spokojni” nic nie mówili, nie skarżyli się, nie buntowali, tylko znikali z domu, by obudzić się w jakimś całkiem obcym miejscu, z przerwą w życiorysie, obejmującą dni, tygodnie lub miesiące. Jakby żyli przez ten czas w całodobowym koszmarze. A niektórzy nie budzili się z niego wcale.

Okłamałem Nigela. A właściwie zwyczajnie nie powiedziałem mu całej prawdy. To nie pustynia mnie ścigała tej nocy. Błądziłem po mrocznym Londynie, który zmienił się w zupełnie obce, wrogie miasto. Nie wiedziałem, gdzie jestem, nie rozpoznawałem ulic, nie miałem przy sobie komórki, ani pieniędzy, myliłem stacje metra, nie potrafiłem wrócić do domu. Wiedziałem tylko, że gdzieś w tym chaosie jest Sherlock. Ranny, umierający... A ja nie mogłem go odnaleźć, tylko wszędzie na chodnikach widziałem wielkie plamy krwi.

8888

Miałem w telefonie nagranie z naszego „miodowego miesiąca”. Sherlock na ekranie komórki grał na skrzypcach „Sztorm” Vivaldiego, z ekspresją i dramatyzmem. Instrument zachłystuje się grozą i pięknem wielkiej burzy, a muzyk nagle patrzy wprost w obiektyw, szczerzy zęby w szatańskim uśmieszku i mruga prowokująco. Mimowolnie uśmiechnąłem się do tego wspomnienia.

- Kto to jest? – Nigel zajrzał mi przez ramię, podając otwartą butelkę piwa.

- Mój współlokator. – Jakim cudem to zdanie spłynęło tak łatwo z moich ust i się nim nie zadławiłem?

Nigel rozparł się wygodnie na drugim końcu kanapy i pociągnął łyk Heinekena.

- Muzyk? Nie wiedziałem, że wynajmujesz coś z artystą. Myślałem, że to jakiś drugi lekarz, kumpel z pracy czy coś w tym stylu. Jakim cudem się spiknęliście? Z ogłoszenia?

- Znajomy znajomego.

- Pokaż go jeszcze. – Nigel wyciągnął rękę po mój telefon. Podałem mu go ze skrywaną niechęcią.

- Przystojniak – stwierdził Czołg, oglądając powtórnie nagranie. – Laski muszą za nim biegać stadami. Jak to rozwiązujecie? Krawat na klamce, jak za studenckich czasów?

- On nie nosi krawatów.

Czułem się coraz gorzej. Dlaczego się wstydzę? Czego się wstydzę? Sherlocka? Jest wspaniałym człowiekiem. Owszem, pokręconym i szalonym, ale zarazem genialnym. I mieliśmy przecież dobre dni. Tych dobrych było znacznie więcej... Powinienem się czuć zaszczycony, że właśnie mnie zechciał dopuścić do swojej najbardziej prywatnej strefy. Do samego serca twierdzy Sherlock. A tymczasem wkładam maskę przyzwoitego, bogobojnego heteryka i z obojętną gębą nazywam go „współlokatorem”, jakby był jedynie sąsiadem, z którym czasem gra się w Scrabble i pożycza mu się ketchup. Wstyd, John, wstydź się... Zawiodłeś.

- Czołg... – Zwiesiłem głowę i ścisnąłem butelkę tak mocno, że aż zbielały mi kostki. – Sherlock Holmes nie jest tylko moim współlokatorem. To mój przyjaciel i... i mój facet. – Ufff, powiedziałem to!

Głucha cisza. Nie patrzyłem na Nigela, ale mogłem sobie wyobrazić, jaką miał minę. Pociągnąłem nerwowo łyk piwa, zakrztusiłem się i musiałem odkaszlnąć.

- Powiedz to, Czołg.

- Co...?

- To, co myślisz. „O rany, mój kumpel z wojska jest pedałem”. – Odważyłem się na niego spojrzeć. Rzeczywiście, miał wyraz twarzy, jakby ktoś mu przywalił w ciemię, ale prędko odzyskiwał równowagę.

- Johnny, nie pieprz. Jestem po prostu zaskoczony. Przepraszam, zdaje się, że robiłem wrażenie zasranego homofoba. Ale ty nigdy... Przecież razem startowaliśmy do tej lekarki w Sangin...

- Pamiętam, obu nas spuściła po brzytwie.

- Dobra. Po prostu to dla mnie nowość, że wolisz facetów. – Czołg podrapał się w ciemię, a potem rozłożył ręce.

- Dla mnie to też była nowość – skrzywiłem się. – I nie wolę facetów. Tylko tego jednego. A teraz właśnie mamy kryzys.

Nigel uniósł brwi, wypuszczając powietrze między zębami.

- Wiedziałem, że coś jest nie tak, ale myślałem, że chodzi o kobitkę. Codziennie latasz do komputera i sprawdzasz pocztę. A potem masz minę skopanego psa. Nie pisze?

- Nie. I nie dzwoni. Zaczynam się martwić, że coś mu się stało. Zwykle esemesował parę razy dziennie.

- A co mogłoby mu się stać w filharmonii? Co najwyżej inny szarpidrut szturchnie go smyczkiem.

Tym razem była moja kolej, by zagapić się na Nigela jak wół na malowane wrota.

- Czołg, powiedziałem, że mój facet nazywa się Holmes. TEN Sherlock Holmes!

- No i...?

Zacząłem się śmiać. No nie, to naprawdę komiczne!

- Jesteś chyba ostatnim człowiekiem na Ziemi, który nie wie, kim jest Sherlock Holmes. Sherlock Holmes, pieprzony geniusz, kryminolog, chemik, patolog-amator, prywatny detektyw, konsultant Scotland Yardu... – wyliczałem na palcach. – A prywatnie mój facet i istny wrzód na dupie.

Czołg pokręcił głową i łyknął piwa.

- Kurczę, ale cię wzięło.

- A owszem, wzięło mnie. Ja tego drania kocham. Jestem zakochany, Czołg, beznadziejnie, jak szczeniak. Dlatego to takie cholernie trudne...

Było mi coraz łatwiej mówić. Może dlatego, że Nigel był osobą całkiem postronną i neutralną? Byłem pewien, że nie otworzyłbym się tak wobec choćby Grega Lestrade'a. Nigel mieszkał pod Dijon, w normalnych warunkach dzielił nas kanał La Manche i szmat Francji. Kiedy wyjadę, zostawię za sobą tę rozmowę, nie pociągnie za sobą żadnych dalekosiężnych konsekwencji. Co najwyżej Czołg nie ponowi już zaproszenia.

Sięgnąłem do kieszeni po notes i zza tylnej okładki wyciągnąłem dwie fotografie. Jedną wyciąłem z gazety. Dobra, wyraźna fotka, choć strzelił ją z ręki jakiś paparazzi, kiedy opuszczaliśmy z Sherlockiem miejsce zbrodni. Za nami widać żółtą taśmę i postacie w mundurach. To musiała być zima, gdyż z ust unoszą się nam obłoczki pary. Dotykam ręką piersi gdzieś w okolicy lewej pachy, jakbym chciał sprawdzić ułożenie SIG-Sauera w kaburze – i pewnie tak właśnie było. Obok mnie kroczy znajoma wysoka figura w tweedowym płaszczu z uniesionym kołnierzem i niebieskim szaliku. Patrzę nieco w bok, ale wzrok Sherlocka skierowany jest na mnie i może to złudzenie, może zwykła gra światłocieni, ale miałem wrażenie, że lekko się uśmiecha.

- Policja...? – odezwał się Czołg pytającym tonem.

- Nie pamiętam, co to była za sprawa. Chyba jakieś morderstwo upozorowane na samobójstwo. Musiałbym zajrzeć do notatek.

Drugie zdjęcie jest domowe, zrobiła je pani Hudson. Jeden z najlepszych portretów moich i Sherlocka razem: siedzę na jego fotelu, mój detektyw klęczy z tyłu, oplatając mnie ramionami i przytulając policzek do mojej skroni. To był jeden z nielicznych słonecznych dni w Londynie. Ciepłe światło kładzie łagodne refleksy na czarnych lokach Sherlocka i na moich krótkich kosmykach w odcieniu „piasek z solą”. Oczy Sherlocka w tym oświetleniu są zupełnie srebrne, a moje mają barwę błękitu Thénarda. (Tak powiedział Sherlock, dla mnie ten kolor jest po prostu intensywnie niebieski.) Mój łańcuszek z nieśmiertelnikami oplata szczupłe palce Sherlocka i lśni na nim pojedynczy jaskrawy blik, niczym gwiazda.

- Wyglądacie na szczęśliwych – ocenił Nigel. – John... khm... nie obraź się, ale... 

Podświadomie oczekiwałem pytania z gatunku „który z was jest na górze?”, ale Czołg zapytał z niejakim zmieszaniem:

- John, ja się co prawda nie bardzo na tym znam, ale jakim cudem zdołałeś wyrwać taki towar? To przecież gość z najwyższej półki. Kompletnie poza zasięgiem.

Wyprostowałem się godnie.

- Błąd. To nie ja wyrwałem jego, tylko on mnie!

- Pieprzysz.

- Serio. – Pochyliłem się do Nigela i wyszeptałem konfidencjonalnie: - Pan detektyw strasznie leci na wojskowych.

Biedny Czołg aż się zapluł piwem.

- Okej. Ale powiedz, jak to było? Od początku.

- Na początku był jeden wielki kanał i wtedy wpadłem na starego kumpla ze studiów, Mike’a...

Opowiedziałem o pierwszym spotkaniu z Sherlockiem w szpitalnym prosektorium. O jego dedukcjach. O „różowej” samobójczyni i taksiarzu. O skłonnościach Sherlocka do ryzyka i autodestrukcji. O tym, jak bardzo szybko stał się dla mnie najważniejszą osobą na świecie, usuwając na dalszy plan nawet Harry. O Moriartym i konfrontacji na basenie... Czołg słuchał jak zaczarowany i tylko otwierał nowe butelki, odzywając się z rzadka i pojedynczymi zdaniami.

- John, czy ty trochę nie... koloryzujesz?

- Jak wrzucisz hasło „Sherlock Holmes” do sieci, to Google ci wypluje całą tę koloryzację na tysiącu stron.

Wreszcie doszedłem do sprawy Richarda Brooka i koszmaru pod Bart’s.

- I wtedy on mówi do mnie: „Żegnaj, John” i robi krok w przepaść... – Próbowałem łyknąć piwa, ale ręka tak mi drżała, że stukałem szkłem o zęby. – Trzecie piętro... Na moich oczach, Nigel. Posiwiałem wtedy w ciągu jednej nocy.

- Ale przecież przeżył.

- Ja o tym nie wiedziałem. I nie wiedziałem, że dokładnie w tamtej chwili snajper miał moją głowę w celowniku. Moriarty dał Sherlockowi prosty wybór: skacze – ja żyję. Nie skacze – ja idę do piachu.

- Jezu, John...

- Oficjalny pogrzeb, pieprzona trumna i pieprzony nagrobek z czarnego marmuru, strasznie ohydny... – Chyba już nieco za dużo wypiłem. – A pięć miesięcy później on, kurwa, staje w drzwiach. „Cześć, John, żyję”...

- Ja pierdolę... A ty co?

- Zemdlałem. A jak się ocknąłem, to nakładłem mu po pysku. A pół roku później wylądowaliśmy razem w łóżku. Koniec opowieści.

- Czekaj... A to kolano to sobie jak rozwaliłeś? – zapytał Czołg podejrzliwie.

- Na akcji. Jak namierzaliśmy kanał przerzutowy siatki narkotykowej.

- W łeb ci dać powinienem, krętaczu chrzaniony... – wyburczał Nigel, ale brzmiało to bardziej z zatroskaniem, niż gniewnie.

Niepewnym ruchem odstawiłem prawie pustą butelkę na podłogę. Czułem się tak, jakbym przeszuflował pół pustyni łopatą. Zmęczony, rozbity i zdecydowanie nietrzeźwy. Czołg chyba to widział, bo tylko pokręcił głową i podsunął mi poduszkę, a potem pomógł się ułożyć na kanapie i ściągnął mi buty.

- Odeśpij to, stary. Wieczorkiem pójdziemy sobie na ryby.

- Okej – wymamrotałem. – Przepraszam, Nigel.

- Wszystko w porządku.

Zdążyłem jeszcze zobaczyć, jak przynosi sobie do salonu swojego laptopa. Widocznie postanowił zweryfikować tę sagę, jaką mu zasunąłem pod sześć Heinekenów i zdecydowanie zbyt skromną zakąskę z sera Ricotta.

 

C.D.N.



[1]              (ros.) Trening zakończony, można zaczynać na poważnie.

[2]              ayran – słonawy napój turecki na bazie jogurtu i wody, dostępny także w Polsce, pije się schłodzony.



sobota, 07 kwietnia 2012, toroj
Tagi: sherlock

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: qd, *.bielskpodlaski.mm.pl
2012/04/07 21:24:15
Uwielbiam ayran, ale to co produkuje sie w Polsce pod ta nazwa jest paskudne, woda+ sól+ coś kwaśnobiałego. Najlepszy ayran blisko mam w Berlinie i bezwstydnie sie nim opijam jak tam jestem:)
-
kianur
2012/04/07 23:46:44
Mam szczerą nadzieję że CD, jak obiecujesz, N.
Dziwnie czyta się niesherlokowe, w zasadzie, opowiadanie. Czołg jest niesamowicie jowialny i sympatyczny, ale mam nadzieję, że poza przykrymi wspomnieniami będzie więcej Sherlocka.
Ale musiałbym cię nie znać, Toroj. Jak będę oczekiwał Sherlocka, to go nie będzie. Jak będę oczekiwał, że go nie będzie, to będzie. Albo zamieni się w pociąg niesamowitosci wprost do Narni napędzany watą cukrową. I będzie na to logiczne wyjasnienie. Siadam i czekam na nastąpienie CD! :)