CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Stary zeszyt

Ostatnia notka, jak widzę, była ojezusiejakdawno. Powodami były: tradycyjny zwisopad wiosenny, problemy w rodzinie (chwilowo hibernowane, ale wrócą) oraz robienie takiej jednej redakcji, która powodowała, że szła mi para uszami, dostawałam zeza to zbieżnego to znów rozbieżnego i wydawałam rozdzierające jęki. Rzadko się zdarza książka, którą w 50 procentach docelowo napisał redaktor, ale zdaje się, że właśnie nastąpiła taka sytuacja, kiedy popatrzę na ilość skreśleń i czerwonego koloru. A u Kłapouchego nowa łączka – właśnie z ostatniego mego zlecenia.

Nic dziwnego, że umęczona, postanowiłam zaszaleć i zaciągnąć Lomiel do dawno nie odwiedzanego antykwariatu w Sopocie. Dotarłam z przygodami, gdyż w pierwszym rzucie jakimś cudem wsiadłam do nieodpowiedniej kolejki i pojechałam w odwrotną stronę. W panice ewakuowałam się na Oruni Dolnej - dobrze, że nie dojechałam w ten sposób do Tczewa! A Lomiel już na mnie czekała w kawiarni, biedula. W sopockim antykwariacie miło i obficie, poprzeglądałyśmy półki, coś się tam kupiło, od tych kolejowych przygód zgłodniałam i zaproponowałam, żeby poszukać jakiejś pizzerii czy naleśnikarni. Gdzie? Może nie jak zwykle po stronie Monciaka (drogo), ale od strony przeciwpołożnej. I właśnie po stronie przeciwpołożnej do naszych tradycyjnych tras spacerowych oko sokole Lomiel wypatrzyło skromny szyld ANTYKWARIAT w jakimś zapyziałym podwóreczku. Wchodzimy? – spytałam z błyskiem w oku. Wchodzimy! – oznajmiła Lomiel dziarsko. I weszłyśmy. Jak się okazało: do Sezamu. Do skarbca, a może nawet do kopalni. Książki były WSZĘDZIE. Na półkach wysokich pod sam sufit, na ladzie, spiętrzone w istną ścianę. Na podłodze w stosach grożących zwaleniem się nieostrożnemu wędrowcowi na nogę. W ciągu upajającej półtorej godziny przegrzebałyśmy mniej więcej 1/5 zawartości i wyszłyśmy stamtąd szczęśliwe i brudne, obiecując sobie powrót w niedalekim terminie. Ja nabyłam „Historię naturalną i moralną jedzenia”, a Lomiel pikantne opowiadanka Roalda Dahla, myśląc, że to bajki dla dzieci ;-)

Musiałyśmy się spodobać antykwariuszowi, bo kiedy na odchodnym wzięłam do ręki pewien niepozorny zeszycik, oświadczył: „O proszę pani, to jest unikatowa rzecz!” I rzeczywiście, był to mianowicie zeszyt lektur, pracowicie wypełniany stronica za stronicą, kaligraficznym pismem, stalówką, ozdabiany rysunkami. Pierwszy wpis datowany na 1934 rok, ostatni na 1938. Kto go prowadził: uczeń czy uczennica? Nie wiadomo, podpisu brak. Czy ta osoba przeżyła wojnę? Może tego chłopaka pogrzebano gdzieś w wojskowej mogile. Może ta dziewczyna zginęła w obozie. I został po nich tylko ten zeszyt? A może wręcz przeciwnie, autor ma już prawnuki i dziwi się, jak zmieniła się szkoła od momentu kiedy sam do niej chodził? Antykwariusz podarował mi ten zeszyt, bo „Takich rzeczy się nie sprzedaje. Można je tylko przekazać w dobre ręce”. Na pewno mam dobre ręce i dobrą półkę, na której go starannie przechowam, aż nadejdzie pora, by go przekazać następcy.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011, toroj

Polecane wpisy

  • MYSZARIUM

    Z jakiegoś tajemniczego powodu znikły z bloga wszystkie zdjęcia myszy, więc wklejam link bezpośrednio do albumu .

  • Z wojaży wpis bardzo spóźniony

    Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej: Powrót do Czerwonego Miasta. Pierwszego dnia postanowiliśmy być bard

  • Rekin drugiej świeżości

    Proszę Szanownych Państwa, jest sobie pewna restauracja. W tej restauracji klient płaci za jedzenie z góry, a nie po spożyciu posiłku. Byłoby to normalne, gdyby

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: