CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Dziki Wschód cz. 4 i ostatnia

Nie mogę ominąć w sprawozdaniu prezentów. Byłam zarówno prezentodawczynią jak i prezentobiorczynią. Andriej zadowolony z noża marki Opinel, ale najpiękniej cieszyła się Gala z kapci-kotów, które w dodatku były z twarzy (czy kapeć może mieć twarz?) całkiem podobne do Agenta 013 z jej książki. Twierdziła, że od dawna o takich marzyła, ale jakoś się jej nie trafiały. Jeszcze jej dołożyłam tabliczkę „szypiaszczej” czekolady dla koleżanek i wielką szyszkę z Polski, bo będąc w Nidzicy zbierała szyszki w lesie, że niby taaakie duże. Oni tam w Astrachaniu nie mają dużych drzew, ani tym bardziej dużych szyszek, to niech ma. Przezornie wzięłam ze sobą jakieś wisioreczki, więc miałam czym obdarować Janę, a Jana zrewanżowała się również wisioreczkiem - za to z niebieskiego szkła. Richard usiłował mnie obdarować książką, ale udało mi się odmówić (hurra, zdołałam odmówić przyjęcia książki!!) gdyż nie czytam po czesku (jeszcze). Zasugerowałam, że wolałabym CD z jego muzyką i po przesłuchaniu stwierdzam, że jest naprawdę ładna, akurat głównie kolędy. Poza tym w Alfa Knidze wręczono mi książeczkę dla dzieci „Cień kota wampira” – przyznaję, że edytorsko jest po prostu oszałamiająca. Ma mnóstwo kolorowych ilustracji z kotami w roli głównej (same fotomontaże) i wyobraźcie sobie kota rasy sfinks jako Drakulę. Mniut! Poza tym wzbogaciłam się o kieszonkowe lustereczko z widoczkiem Astrachania – od Gali, byłam zadowolona i już myślałam, że to koniec, kiedy Andriej i Gala zasypali mnie kolejnymi podarkami: albumem „Miasta rosyjskie” dla Smoka i absolutnie przecudowną poduszką gobelinową w kształcie kota dla mnie. Przez dłuższą chwilę nie mogłam powiedzieć ni słowa. Kot jest pasiasty, ryżawy, zielonooki i wygląda z daleka jak żywy. Nie jest poduszką Z kotem, tylko poduszką W KSZTAŁCIE kota, absolutnie odlotową. Wygląda do tego stopnia realistycznie, że Rudi w pierwszej chwili trochę się na nią boczył. No bo co to znaczy, że pani nie było tyle czasu i jeszcze przywlokła jakiegoś obcego w siatce?

Niedziela była ostatnim dniem, który mogliśmy poświęcić na zwiedzanie, więc robiliśmy to dość intensywnie. Na pierwszy ogień poszedł taras widokowy, z którego można było podziwiać piękną panoramę Moskwy. Niestety, kto mógł podziwiać, ten mógł – jeszcze poprzedniego wieczora dopadła mnie jakaś paskudna infekcja oka, więc zmaltretowana, spuchnięta i zasmarkana koncentrowałam się głównie na unikaniu słońca i dymu papierosowego. Na tarasie udało mi się jednak zrealizować marzenie i kupić podstakanniki za 1/3 ceny z suwienirnych magazinów na Arbacie. Potem zaś pomknęliśmy na Cmentarz Novodieviczyj i miałam niepowtarzalną okazję zetknąć się z objawami komunistycznej megalomanii. Przywykliśmy, że jeśli umiera ktoś sławny, to mu się stawia płytę nagrobną ze zdjęciem, ewentualnie funduje grobowiec. W skrajnych przypadkach chowa na Wawelu… hm hm… Natomiast nowodiewicza sekcja dla tzw. wierchuszki składa się z pomników typu pomnik, czyli regularnych popiersi w 3D, całych postaci lub przynajmniej płaskorzeźb. Generałowie, artyści, bohaterowie wojenni, czynownicy, wszyscy naturalnie zgodni z duchem partii. Szczęka opada. Na grobie malarza Gierasimowa wygina się metalowa naga postać młodziutkiego chłopca, istne marzenie geja-pedofila. Ale nie to było najbardziej zadziwiające: w pewnej chwili zobaczyłam wielką pomiętą pasiastą poduszkę i usiłowałam dojść o co tu chodzi i, na Merlina, co to właściwie jest? „Grób Jelcyna” uświadomił mnie uprzejmie Witalij. Dopiero wtedy dostrzegłam dość niewyraźny napis Борис Ельцин, a kolejną chwilę trwało nim w pogniecionej poduszce zobaczyłam nareszcie rosyjską flagę z trzema pasami: białym, niebieskim i bladoczerwonym. Nadal się waham, co jest brzydsze: mogiła Jelcyna czy mauzoleum Lenina, które wygląda jak coś, co zbudował z klocków mało zdolny przedszkolak. Przejdźmy więc na Krasnuju Płoszczadź czyli Plac Czerwony, który wcale nie jest czerwony tylko wyłożony kostką w kolorze czarnopopielatym, wydeptaną milionami podeszew. Zresztą nazwa „krasnyj” wcale nie pochodzi od „czerwony” tylko od dawnego znaczenia „piękny”. Owszem, mogę zaświadczyć, że istotnie piękny Plac jest piękny, a w każdym razie te kawałki, które dostrzegłam jako osoba półślepa. Katedra Wasyla Błogosławionego wygląda jak śliczna, kolorowa dziecięca zabawka – ta cecha jest zresztą wspólna dla całej zabudowy staromoskiewskiej, większość budynków przypomina bombonierki. Widziałam też Łobnoje miesto czyli resztki szafotu, ale wtedy już poprosiłam Galę, żebyśmy poszły pod dach, nim słońce mnie zabije jak wampira. W ten sposób dotarłam do wspomnianego wcześniej GUM-u z jego kremowymi ścianami, ozdóbkami z kutego żelaza i marmurowymi stolikami. Zdążyliśmy jeszcze zaliczyć wizytę pod pomnikiem Puszkina – miejsce chyba jest tradycyjnym punktem spotkań towarzyskich, bo dokoła było pełno ludzi, nie tylko turystów ale także rozmawiających i śmiejących się obywateli ewidentnie miejscowych.

A potem już jazda na dworzec, pożegnalna wódka w dworcowym pubie, ostatnie uściski i znajomy pociąg. Niestety, tym razem nie miałam miłego towarzystwa obcokrajowców, tylko Polkę. Złe przeczucie mnie tknęło już w chwili gdy się przedstawiła dwoma imionami i nazwiskiem. Potem było już tylko gorzej. W ciągu paru godzin poznałam cały życiorys owej damy, łącznie z imionami i skróconym życiorysem jej dzieci, stanem jej konta bankowego, zarobkami wyobrażanymi liczbami pięciocyfrowymi (co ona robiła w przedziale sypialnym pociągu relacji Moskwa – Warszawa zamiast w prywatnym odrzutowcu?), interesami, postawą życiową, zamiłowaniem do feng-shui, podróżami po całym świecie, znajomością sześciu czy dziesięciu języków obcych, oraz poglądami na wszystko rozpoczynającymi się od sakramentalnego: „Osobiście uważam, że…”. Nic dziwnego, że kiedy tylko mogłam, uciekałam z przedziału, albo udawałam, że śpię. Kiedy tylko owa dama zauważała, że jestem przytomna i obecna, natychmiast włączała motorek i „osobiście uważała”. Chyba ją wykorzystam w jakiejś książce, bo szkoda, żeby moje męki poszły na marne. Celnicy dopadli nas tym razem w środku nocy, nieprzytomnych, zaspanych i rozmamłanych. Spirtnoje? Cigarietki? Dragocennosti? Niet, niet, niet. Wiza? Da… Do swidanja. Co ciekawe, papierek, który dostałam w rejestracji hotelowej nikogo nie obchodził, natomiast brak tegoż samego papierka, którego Christo zapomniał pobrać, spowodował, że o mało nie został na lotnisku, bo go nie chcieli wypuścić z powrotem do Bułgarii. Ot, czudiesa… Pani Osobiścieuważamże nie omieszkała wyrazić wielu poglądów na zdziczenie obyczajów, które pozwala na budzenie obywateli Unii Europejskiej o drugiej w nocy. Ja nie miałam siły na narzekanie ani na zdumienie, poza tym, gdybym podjęła temat, dama z przyjemnością gadałaby pewnie do świtu, więc przezornie trzymałam język za zębami i nie dostarczałam jej paliwa. A kiedy za oknem pojawiły się znajome widoki Warszawy, znów przyszło wrażenie deja vu, bo taka podobna do Moskwy… tylko mniejsza.

wtorek, 02 listopada 2010, toroj

Polecane wpisy

  • MYSZARIUM

    Z jakiegoś tajemniczego powodu znikły z bloga wszystkie zdjęcia myszy, więc wklejam link bezpośrednio do albumu .

  • Z wojaży wpis bardzo spóźniony

    Spóźniony, gdyż wojaże odbyły się w sierpniu, a teraz mamy… no właśnie. Ale niemniej: Powrót do Czerwonego Miasta. Pierwszego dnia postanowiliśmy być bard

  • Rekin drugiej świeżości

    Proszę Szanownych Państwa, jest sobie pewna restauracja. W tej restauracji klient płaci za jedzenie z góry, a nie po spożyciu posiłku. Byłoby to normalne, gdyby

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
galari
2010/11/11 19:52:43
rekord ceny za podstakannik, jaki mi próbował wcisnąć sprzedający, to było chyba 500 euro (nie wiem, czy dokładnie tyle, ale na pewno kilkaset), ale na odpowiednim bazarku znalazłam za 25 zł i tę transakcję sfinalizowałam ;)