CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Polowanie na mamuta – urban version

Polowanie na mamuta – urban version

Uwielbiam lumpeksy. Próbowałam porzucić to uzależnienie, ale gdzie tam, nie dało się. W zasadzie nawet nie chodzi o żadne wrodzone skąpstwo, tylko o to, że łażenie po lumpach jest współczesnym odpowiednikiem polowania na mamuta i dostarcza mi dreszczyku emocji. Za takim mamutem, jak wiadomo, trzeba było się nachodzić, znać jego pastwiska, pory żerowania i tak dalej. A w szmateksach trzeba znać miejsca, dni przywożenia towaru i pory obniżek, i jeszcze mieć refleks, żeby jakaś konkurentka nie sprzątnęła sprzed nosa jakiegoś smakowitego kąska. Naturalnie zdarzają się jakieś niewypały, nabyte w porywie chwili i potem nie użytkowane, ale że zwykle kosztuje to od kilku do kilkunastu zł, nie żal za bardzo. Nauczona doświadczeniem, włażę do nawet tych zapyziałych, gdyż całkiem często się zdarza, że między chłamem zalśni naturalnym blaskiem rzecz oryginalna, niczym diament znaleziony w kaszance. W ten to sposób w jakimś paskudnym magazynie odnalazłam i zaadoptowałam plecak-owieczkę nr 1, a po paru latach z nieco mniej paskudnego wyratowałam owieczkę nr 2. Z ciuchlandów pochodzi 90 procent moich miśków i maskotek filmowych, bo czyż godzi się pozostawić w koszu pluszowego Totoro, albo R2D2 w wersji miękkiej, wypchanego włókniną? Aktualnie sypiam też w pościeli w Powrót Jedi, a sądząc z jakości nadrukowanych obrazków, pochodzi z początku lat osiemdziesiątych – czyli prawdziwy zabytek. No a T-shirt z postaciami z kultowej już „Zemsty świrów”? Nie jechałam przecież po niego do Niemiec. Torebka w kształcie głowy Chewbaccy, pluszowy pingwin-zbrodniarz z „Wściekłych gaci” oraz postać psa Gromita, kura z „Uciekających kurczaków”, pościel z Doktorem Who... Pewnie gdybym zrobiła spis tego wszystkiego, byłby całkiem długi, a niczego nie kupiłam w „normalnym” sklepie. Jest to na dodatek hobby stosunkowo tanie.

Osobną kategorię stanowią ciuchy. Z grubsza dzielę je na standardy, zdobycze i kurioza. Standardy – wiadomo, jakieś dżinsy, jakieś bluzeczki, spódniczki przyzwoite, ładne acz nie wprawiające w dziki zachwyt. Głównie chodzi o to, by nie pokazywać się na ulicy w czymś z bazaru, co nosi połowa miasta. Zdobycze są rzadsze, za to wprawiają duszę kobiety w miłe drżenie i nieokreślone uczucie sytości po sfinalizowaniu transakcji przy kasie. Do kategorii „zdobycz” należą chociażby: skórzana, prawie zupełnie nowa kurtka dla Smoka nabyta za całe 20 zł (do tej pory zachodzę w głowę, jakim cudem ją tyle bab ominęło, może dlatego, że była na wagę i wyglądała na ciężką), niezwykle stylowy czarny płaszczyk skórzany w stylu matrixowym należący do Lomiel (kiedy po zważeniu okazało się, że zakosztuje raptem 40 zł, zdecydowała się na niego w ciągu sekundy), koszulka marki Spiral za całe 2 zł – i naprawdę nie mogę się doczekać chwili, kiedy pokażę się oficjalnie w tej „spiralce” z czachą na biuście, w bojówkach, w glanach i z plecaczkiem w kształcie słodkiej owieczki. Ale swoistym rekordem, jak dotąd nie pobitym, jest koszulka nocna. Pewnego razu rozglądałam się w pewnym miejscu w dziale z bielizną i natrafiłam na całkiem interesujący komplecik złożony z koszulki na ramiączkach i peniuarku typu „mgiełka”. Nie miało toto podoszywanych strusich piórek, nie było różowe i wyglądało bardzo elegancko, choć raczej, jak sądzę było przeznaczone do zdejmowania a nie do spania. Na dodatek pasowało na me „zdukane” wymiary. Cena była trochę wysoka, jak na ciuchland, bo ponad cztery dychy, ale mój portfel zapiszczał i jakoś to zniósł. Bomba wybuchła w momencie, kiedy odcyfrowałam na metce napis Victorias Secret i dowiedziałam się, ile kosztuje odzież tej marki. Lekko licząc, zapłaciłam 1/6 ceny rzeczywistej. Ewidentna „zdobycz”. Ostatnią zdobycz wypatrzyłam wczoraj w ciuchlandzie w Rumii, który zwizytowałam z czystego obowiązku, gdyż na wieszaczkach (aczkolwiek dokoła było czysto i chędogo) nie widziałam niczego ciekawego. Grzebiąc bez przekonania w koszu, wyciągnęłam stanik w kwiatuszki, wyglądający na nowy, nawet z metkami. „Freya” – przeczytałam. Zastanowiłam się, sprawdziłam cenę, potem znów obejrzałam metki, potem znów cenę, a potem poszłam przymierzyć. Niemalże obwąchałam i oblizałam ten stanik, ale zmysły wciąż twierdziły to samo: bieliznę, która wszędzie kosztuje w granicach 199zł 99 gr mam okazję nabyć za złotych polskich 20. No i jak tu omijać prowincjonalne szmateksy?

Kurioza – moja ulubiona kategoria, choć bardzo mało z niej kupuję (jedynie czasem elementy do strojów konwentowych). Kurioza służą do wyciągnięcia, zachłyśnięcia się ich niesłychaną „urodą”, zaprezentowania koleżance i zrobienia zdjęcia komórką dla potomności. Jakimi krętymi dróżkami w Górach Szaleństwa chodzą czasem umysły projektantów, ludzkie słowo nie opisze. Słodki osiołek Kłapouchy wyszywany na fioletowej piżamie wielkości XXXXL to naprawdę jeszcze nic takiego. Detal i zjawisko naskórkowe, cytując Niziurskiego. Można w tej kategorii znaleźć śpioszki niemowlęce białe w czarne czaszeczki, tudzież bluzeczkę rozmiar przedszkolny (tak na czterolatkę) z napisem I’m sexy uczynionym cekinkami. Albo długi pstry futerał na węża z gniecionej pseudosatyny, który po długim namyśle zidentyfikowałam jako spódnicę. Nie wiem jednak na kogo miałaby pasować, bo ludzie takich wymiarów nie miewają. Ewentualnie wielki, różowy T-shirt, którego kuriozalność polegała na tym, że wisiał w dziale męskim i miał zresztą typowo męskie wykończenia rękawów oraz przy szyi. Wyobraźnia wyświetliła obraz wielkiego bykowatego faceta o urodzie strongmena, odzianego w ową różowość, po czym wysiadły jej bezpieczniki i odmówiła dalszej współpracy.

Nie tracę nadziei, że pewnego dnia natknę się na kwintesencję kiczu i złego smaku, która przyćmi absolutnie wszystko, teraz i na wieki wieków. Wtedy wybudujemy z Lomiel kapliczkę i założymy sektę czcicieli Wielkiej Kiecki, albo Oszałamiającego Fifraczka, zależy co to będzie.

piątek, 06 sierpnia 2010, toroj
Tagi: ciuchland
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2010/08/06 17:24:51
W którym rumskim lumpie byłaś? Mam tam jeden sprawdzony z którego pochodzi już ponad połowa mojej szafy :)
-
2010/08/07 16:22:04
Mój strongmen z Czarnej Brazylii wygląda absolutnie fenomenalnie w różowym :))))
Kurka, dawno nie byłam w lumpie....
-
2010/08/07 20:21:57
Pardąsik, ale co złego z śpioszkach w czaszeczki? Za grube dolary kupiłam chwilę temu rampers (takie śpiochy bez stópek), czarny, z elegancką czaszką w stylu Punishera dla mojej nieledwie rocznej córki. Kolega zawinszował sobie dla świeżo wyklutej córki biały komplet w czarne haftowane czachy. Przynajmniej jest pewien oddech od wszechobecnego różu dla dziewczynek. I tego się będę trzymać.
-
2010/08/09 11:40:18
A co właściwie jest złego w różowym męskim t-shircie? Może niekoniecznie bykowaty strongman, ale naprawdę istnieją mężczyźni, którzy dobrze wyglądają w tym kolorze.
-
2010/08/18 00:13:25
Nie! nie urodzil sie jeszcze mezczyzna,ktory dobrze wyglada w rozowym.W UK jest sieciowka Matalan i ma w ofercie 1001 okryc w rozu dla panow.Tego sie nie da opisac, ro trzeba zobaczyc,niestety na ulicach... Zwlaszcza polo shirt w rozmiarze XXXL na wlascicielu.
Bezcenne,zapiera dech,