CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
O powrotach do dzieciństwa

O powrotach do dzieciństwa

 

Ostatnio było dużo przepisów, bo jakoś nie mogłam wpaść na ciekawy temat. Ale w końcu temat mnie sam znalazł wczoraj wieczorem.

W dzieciństwie zawsze ma się jakieś ukochane rzeczy, które po latach stają się ślicznym wspomnieniem, nawet jeśli dziś przyniosłyby jedynie rozczarowanie. Może więc lepiej, żeby moja ukochana „Załoga Dżi” pozostała wspomnieniem o straszliwej dziecięcej fascynacji i garstką fotosów – inaczej podzieliłaby los serialu „Kosmos 1999”, gdzie obecnie widzę już tylko przeokropną fryzurę pani doktor oraz plastikowe kosmiczne potworki (hit wszechczasów: bardzo-źli-kosmici ewidentnie wykonani z taśmy magnetofonowej). Przypuszczam, że guma do żucia Donald, którą się spożywało z takim entuzjazmem w wieku lat ośmiu, dziś byłaby niejadalna, podobnie jak oranżada. Nawiasem, kupiłam niedawno oranżadę w Lidlu, niewątpliwie była to rasowa, prawdziwa oranżada o smaku rozpuszczonej landrynki, ale nadziwić się nie mogę, jak mogłam to pić kiedyś? I jakim cudem toto znajduje nabywców dzisiaj?

Są jednak rzeczy, które nie zmieniają się z upływem czasu, pozostając na zawsze tym CZYMŚ. Mieliście może jakąś ulubioną zabawkę, która w tej chwili cicho spoczywa gdzieś na półce albo w kartonie, ale za nic w świecie jej nie wyrzucicie? A jakże, pewnie większość czytelników tego bloga. Macierz moja próbowała kiedyś podstępem wysiudać z domu wyliniałego misia. W tym celu został nabyty nowy, piękny niedźwiadek o lśniącej sierści, błyszczących oczkach i w krawaciku. Misiek został z miejsca gwiazdorem, ochrzczony imieniem filmowym Koralgol (bo nie umiałam jeszcze wymawiać prawidłowo Kolargol) i cieszył się moim żywym zainteresowaniem aż do wieczora, kiedy trzeba było iść spać po dobranocce i nagle wybuchnęłam straszliwym rykiem: „A GDZIE KUBUŚ?!!” I macierz moja ukochana musiała lecieć po Kubusia do komórki, gdzie go niecnie deportowała. Na szczęście starczyło jej rozsądku, żeby od razu go nie wyrzucić do śmietnika, bo inaczej bym jej pewnie jeszcze na łożu śmierci wypominała uśmiercenie mojego misia. Kuba w tej chwili zajmuje całkiem wygodne miejsce na półce z książkami, przygniatając pluszowym tyłkiem trylogię o Hannibalu Lecterze. Były jednak zabawki, których się pozbyłam w chwili zaćmienia umysłowego, czego później bardzo żałowałam. Była to cala kolekcja miniaturowych, wielkości palca, plastikowych zabaweczek-układanek przestrzennych, które można było rozkładać i składać po wielekroć. Kupowało się to w kioskach Ruchu. W moich zbiorach znajdował się: samochodzik, marynarzyk, łowiczanka, krakowiak i krakowianka, robot, bączek, bodajże też walizeczka, sowa, kaczka i latarenka. I pewnie jeszcze inne, których nie pamiętam. Najbardziej żałuję samochodu, który był prześmiesznym wehikułem z wielkimi reflektorami i błotnikami, i nawet kręciły mu się kółeczka. Nie pojmuję, czemu teraz nie produkuje się już tych uroczych drobiażdżków. Nie były ani drogie, ani jakoś wyjątkowo skomplikowane.

Niestety, w pewnym wieku łatwiej ulega się presji, zwłaszcza jeśli argumenty brzmią: „Przecież jesteś już DUŻA. Po co ci takie duperele? Oddaj dziecku, niech się bawi”. No i oddałam „dziecku” czyli kuzynowi, który oczywiście nie docenił ani urody, ani subtelnej pomysłowości moich ślicznych układanek, rozpirzył je w try miga na drobne kawałki i pogubił. Głupi gówniarz... I jeszcze głupsi dorośli, którzy uważali, że można takie zabawki dać trzylatkowi. Do tej pory na wspomnienie szlag mnie trafia, choć „gówniarz” już przekroczył trzydziechę.

Kiedy więc niedawno na allegro zupełnym przypadkiem natrafiłam na składanką świnkę, nie namyślałam się długo. Świneczka rozkłada się na 6 elementów, a złożenie jej wymaga głębszego zastanowienia. Tym bardziej podziwiam projektanta.

Autor zdjęcia: maciekgr

niedziela, 06 czerwca 2010, toroj
Tagi: PRL

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Chomik, *.toya.net.pl
2010/06/07 20:13:01
Oczywiście!Trzymam wierne,stare misie,ruskie baby i ukochaną przytulanke tak połataną,ze straciła sporo z oryginalnych barw.Lalki spaliłam,jak się bawiłam w inkwizycję.
Jako zatwardziała egoistka i jedynaczka nikomu niczego nie oddałam i łapy bym poobcinała,jakby ktoś sięgnął.MOJE.
A z oranżadą masz rację....
Ale pamiętam smak zimnego pepsi, nielegalnie pitego na chore gardło...Nigdy mi tak nie smakowało.....