CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Operacja GY - rozdział 2

Rozdział 2. Węże, lwy i inne zwierzątka


A w słonecznej Brazylii, w Brazylii mojej

Takie niezwykłych zwierząt mrowie!

Rudyard Kipling

 

Pod wieczór pogoda się zepsuła. Niebo zasnuły jesienne chmury, a wiatr strącał z drzew różnokolorowe liście. Czasem wiatrowi nudziła się zabawa liśćmi i robił brzydkie żarty sowom pocztowym, odpychając je od zamku i nie pozwalając tym samym dotrzeć do adresatów. Pogoda zdecydowanie nie nadawała się do latania. Sowy czyniły wysiłki, by dolecieć do jakiegokolwiek zbawczego okna, ale za każdym razem niemiłosierne podmuchy ciskały je na ziemię. Tak więc, ostatnie metry pierzaści posłańcy przemierzali na piechotę, na podobieństwo pingwinów. Na to wszystko patrzył zakutany w szatę opiekun Slytherinu, profesor Sniegow.

 

* * *

 

Lolik mieszkał w owym domu wariatów (szerzej znanym jako szkoła czarodziejstwa Hogwart) już cały tydzień. Ku swemu niemałemu zdumieniu nadal był żywy i jakoś sobie radził w ekstremalnych magicznych warunkach. Co prawda, czasami miał wrażenie, że obluzowują mu się klepki, ale to było tutaj normą.

Ta placówka oświatowa mogła doprowadzić do obłędu każdego cokolwiek cywilizowanego człowieka. Weźmy chociażby schody. Windy w szkole nie było, za to po całym zamku jeździły schody. Lolik może by to uznał nawet za zabawne, gdyby schody nie jeździły jak i gdzie chciały. Nigdy nie zapomni, jak pierwszego dnia usiłował dotrzeć do gabinetu profesor McGonagall. Stara czarownica w okularach zajmowała stanowisko opiekuna konkurencyjnego wydziału i miała dać świeżo upieczonemu wykładowcy niezbędne instrukcje. Lolik wyszedł z lochów, gdzie znajdowały się tymczasowo mu przydzielone apartamenty Snape’a, i zaczął wchodzić po schodach. Nagle rozległ się huk, jakby wyrywano z korzeniami stuletni dąb, potem, podnosząc tumany kurzu, schodowe przęsło osiadło, znów rozległ się dźwięk właściwy karczowanym drzewom, i schody pojechały w nieznanym kierunku. Pasażer, ochłonąwszy, doszedł do wniosku, że jest to rodzaj miejscowej taksówki i rzekł uprzejmie:

– Trzecie piętro, lewe skrzydło, bardzo proszę.

– Na Merlina! – odpowiedział skądś skrzypiący głos i schody wkrótce wysadziły Lolika na strychu, w sowiarni, ignorując wszelkie polecenia. Proces schodzenia Lolika na ziemski padół przeistoczył się w show dla całej szkoły. Biegał po korytarzach, wsiadał na wszystkie schody, z trzaskiem i skrzypieniem objechał ze dwadzieścia razy całą szkołę wzdłuż i wszerz, od podziemi po strychy. Przeklęte „taxi” jeździło we wszystkich kierunkach, ale cały czas uparcie omijało potrzebny Lolikowi przystanek, gdzie znajdował się gabinet profesor McGonagall. Te jego rejsy przyciągnęły uwagę gromadki pałętających się bez celu uczniów z czerwono–złotymi emblematami na szatach. Dzieciaki szybko zorientowały się w czym rzecz i zaczęły obserwować go z zachwytem, robiąc zakłady, gdzie następne schody dowiozą nowego profesora. Podczas kolejnego kursu „sowiarnia – lochy” Lolik napotkał chudą, nieco wyleniałą kotkę. Wygląd i zachowanie nowego nauczyciela zapewne wydały jej się podejrzane, więc zaczęła eskortować Lolika, jeżdżąc razem z nim. Oczywiście taki „ogon” niepomiernie go irytował.

– Psik, zarazo!!! – ryczał nowy Mistrz Eliksirów.

Kocica patrzyła na niego z miną angielskiej królowej, którą spostponował doker, tym niemniej ze stoickim spokojem nadal pętała się za Lolikiem. Dzieciaki zaczęły robić zakłady, kto prędzej pęknie – nauczyciel czy Pani Norris (gdyż tak nazywało się uparte stworzenie); i kto szybciej zakończy ten cyrk – cieć czy dyrektor. Jednakże zakłady pozostały nierozstrzygnięte, gdyż pojawiła się zła jak diabli McGonagall, która straciła cierpliwość, na próżno czekając na nowego opiekuna Slytherinu, i jednym machnięciem różdżki przycumowała schody z wyczerpanym Lolikiem oraz na pół zdechłą kotką do odpowiedniej „przystani”. Kiedy tylko zwierzę zeszło na twardy grunt, przewróciło ślepiami i malowniczo omdlało. Później dotarło do Lolika pocztą pantoflową, że tak nie znęcano się nad Panią Norris od czasów legendarnego Syriusza Blacka, który w ciągu siedmiu lat nauki w Hogwarcie upijał młodziutką jeszcze wówczas kocicę walerianą.

Lolik jeszcze długo potem usiłował zorientować się w rozkładzie jazdy schodów, ale zdołał jedynie ustalić, że do gabinetu dyrektora zawsze jedzie się z trzema przesiadkami, a do pokoju nauczycielskiego najlepiej jechać z sowiarni, skąd co pół godziny odbijały stareńkie schody. Widocznie coś się w nich rozregulowało z upływem czasu, gdyż chodziły tylko do pokoju nauczycielskiego i z powrotem.

Poza schodami, w szkole było pełno innych atrakcji: tajnych przejść i ukrytych dziur, w które Lolik ciągle wpadał. Mieszkańcy szkoły szybko przywykli, że obecny opiekun Slytherinu znika i pojawia się w nieoczekiwanych miejscach. Pewnego dnia, na przykład, na zebraniu zjawił się co prawda punktualnie (specjalnie wyszedł dwie godziny wcześniej), ale nie wszedł przez drzwi, a wyłonił się z supersekretnego podziemnego przejścia, zaczynającego się w gabinecie dyrektora. Kończyło się natomiast, jak chodziły słuchy, kto wie czy nie w astralu, choć nikt tego nie wiedział na pewno. Po zebraniu kadra obstąpiła Lolika, lecz nie mógł zaspokoić ich ciekawości, gdyż wleciał do tego wielce tajnego przełazu na piątym piętrze całkowicie przypadkowo.

 

* * *

 

Najbardziej Lolika denerwowały portrety. Zabiłby tego drania, który wymyślił, żeby wszystkie drzwi w Hogwarcie powymieniać na portrety. No dobrze, niech będzie... Portrety były ożywione, mogły przechodzić między ramami i praktycznie nigdy ich nie było na miejscu. To też dawało się znieść. Ale! Żeby przejść koło takiego portretu, należało obowiązkowo powiedzieć hasło. I tu był pies pogrzebany. Hasła były idiotyczne, nie trzymały się pamięci, a do tego ciągle były zmieniane i to w środku tygodnia. Całą środową noc Lolik wkuwał hasła i nawet zapamiętał kilka, a w czwartek już je diabli wzięli.

Ale największą bolączką Lolika był portret pilnujący wejścia do Snape’owej sypialni. Przedstawiał dość młodo wyglądającego facecika ze szpakowatymi, wijącymi się włosami za ramiona, starannie przyciętą bródką i wyjątkowo paskudnym uśmieszkiem. Ubrany był według staroświeckiej mody w kabat i beret, zawadiacko włożony na bakier. Fizjonomia namalowanego faceta wydawała się Lolikowi dziwnie znajoma, jakby tego typa już gdzieś kiedyś widział, ale w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Z tym tak zwanym dziełem sztuki p.o. Mistrza Eliksirów prowadził prawdziwą wojnę. Hasło do pokojów Snape’a było tak zawiłe, że Lolik nawet nie próbował go zapamiętać. Każdego wieczora awanturował się z portretem, próbując zdobyć prawo do spania w ludzkich warunkach. Zwykle zaczynał od kulturalnej prośby, potem szły prośby niekulturalne, przekleństwa, omawianie całego drzewa genealogicznego upartego obrazu, a w końcu błagania i odwoływanie się do olejnego sumienia. Na wszystko to drański typ odmawiał równie kulturalnie, cytował szkolne przepisy, radził leczyć sklerozę, opowiadał dowcipy o Eskimosach, rozważał genealogię Lolika, i twierdził, że portrety nie mają sumienia i mieć go nie mogą, bo sumienia nie da się namalować.

Póki co, Lolika ratowało to, że koło północy bezczelnego typa zwykła odwiedzać pewna dama w wieku balzakowskim, o kształtach cokolwiek rubensowskich, w jaskrawo różowej sukni. Lolik witał damę z galanterią, prawił z uśmiechem komplementy, a ta rumieniła się, wzdychała i mówiła, że nowy warzyciel jest nieporównywalnie grzeczniejszy od starego. Kiedy Lolik konwersował z jadowicie różową paniusią, łajdacki typek posępniał, krzywił się, zaczynał denerwować i wszelkimi siłami dawał do zrozumienia, że jest tu o jedną osobę za dużo. W końcu otwartym tekstem wysyłał Lolika gdzieś w inne rejony, na co ten twardo odpowiadał, że owszem, oddali się, ale do swojej sypialni.

– Nie otworzę! – nie poddawał się malowany uparciuch, podczas gdy zwinne damskie paluszki zdejmowały mu beret i wyłuskiwały z kaftana.

– Będę więc tu stał i patrzał. Zresztą, po co stać, usiądę sobie... – Lolik rozsiadał się wygodnie pod ścianą naprzeciwko.

– Dla twojej wiadomości, jestem dziełem sztuki, a nie rozkładówką z Playboya, na którą można się tak gapić! – Typa na obrazie prawie szlag trafiał, ale Lolik był nieugięty.

– No to otwórz, albo sam sobie jesteś winny!

– No, popatrz! Wojerysta zakichany! – Typas rwał na sobie batystową koszulę, ale wtedy dama pukała go w nos wachlarzem i oburzała się:

– Fe! Jak ci nie wstyd, mon cherie! Przepuść tego chłopca natychmiast, inaczej sobie pójdę i między nami koniec!

Zagnany w kozi róg strażnik nie miał innego wyjścia i, klnąc na czym świat stoi, otwierał drzwi. Zmordowany jak wół roboczy, ale dumny z siebie, Lolik szedł spać.

 

* * *

 

Snape’owe apartamenty były, jak na lochy, zaskakująco przytulne. Najbardziej profesorowi Sniegowowi podobał się barek i ogromny, wygodny fotel przed kominkiem. Lolik uwielbiał odpoczywać późnym wieczorem w tym fotelu, ze szklaneczką whisky w ręku, podczas gdy zmęczenie stresem powszedniego dnia pracy pedagogicznej z wolna topniało, napięte nerwy się rozluźniały, myśli płynęły coraz wolniej... Nowy warzyciel rozglądał się leniwie po pokoju, rozmyślając o charakterze i przyzwyczajeniach swego poprzednika. Severusowi Snape’owi najwyraźniej obce było upodobanie do luksusu, ale był obdarzony dobrym gustem. Wnętrze utrzymano w przytłumionych odcieniach barw zwykle ciemnych, co nadawało pomieszczeniu wygląd tajemniczy ale nie ponury. Lolik przekonał się z ulgą, że sypialnia niemal całkowicie wolna była od różnych magicznych tentegesów. Ogólnie, gdyby postawić tam komputer, telewizor i telefon, pokój wyglądałby jak mieszkanie całkiem normalnego człowieka. Tego nie można było jednak powiedzieć o pracowni Snape’a, która z powodzeniem mogłaby służyć za scenografię do kręcenia horrorów o alchemikach i nekromantach.

Czego tu nie było! Na ścianach wisiały wiązki traw o korzennym zapachu, na stelażach stały kolby z różnobarwnymi płynami, pudełka z rozmaitymi podejrzanymi proszkami, słoje z zakonserwowanymi w spirytusie zwierzakami i woreczki, z których od czasu do czasu dobiegały szelesty i chrumkanie – ostrożny Lolik wolał tam na razie nie zaglądać. Każda z tych rzeczy była opatrzona tabliczką z zapisaną w kilku językach nazwą i spisem eliksirów, do których ją wykorzystywano. Na większości tabliczek widniały też ostrzegawcze, migające na czerwono napisy typu: „Uwaga, niebezpieczeństwo!”, „Nie dotykać!” (Kiedy Lolik mimo wszystko ciekawie wyciągnął rękę ku niewinnej z pozoru trawce, napis zmienił się na: „Mówiłem, żeby nie dotykać!”), „Nie pić!”, „Nie palić!”, „Termin ważności upłynął!”, „Nie wąchać!”, „Sevikowi od Tommy’ego z okazji imienin”, „Przechowywać w miejscu niedostępnym dla dzieci!”. Z tym ostatnim Lolik zgadzał się w stu procentach, gdyż ostrzeżenie odnosiło się do słoika z C2H5OH.

W pracowni znajdowały się, naturalnie, także kotły do warzenia eliksirów, stoły i mnóstwo półek z książkami. W pomieszczeniu stale unosiła się bladozielona mgiełka, która, choć nie przeszkadzała w pracy, działała na nerwy, a na dodatek miała taki zapach, że nawet wytrenowanemu chemikowi z początku żołądek podchodził do gardła.

Tutaj właśnie Lolik przygotowywał się do zajęć, przy pomocy notatek zaginionego szpiega. Tak jak mówił Dumbledore, warzycielstwo eliksirów niezwykle przypominało starą dobrą chemię, a w wersji Snape’a przedmiot okazał się niestraszny. Doświadczony w formułowaniu tajnych doniesień, Mistrz Eliksirów prowadził notatki metodycznie i przystępnym językiem. Lolik spędzał całe godziny nad grubym notesem, od deski do deski zapisanym drobnym, wyraźnym, niemalże kaligraficznym pismem profesora i melancholijnie wzdychał, wspominając Krasnojarsk i swego Bossa.

Chociaż eliksiry teoretycznie nie wydały się nowemu profesorowi niczym niemożliwym do opanowania, część praktyczna nie była taka prosta. Do przygotowania swego pierwszego eliksiru Lolik podszedł bardzo optymistycznie. Był to prościutki eliksir na poprawę pamięci, do którego potrzeba było trzech komponentów na krzyż i pięciu minut. Przepis był prosty jak drut: wziąć to i to, pokroić na drobno, wrzucić do kociołka, nalać pół litra wody i, pomieszawszy, doprowadzić do wrzenia. Po czym zdjąć, odcedzić, ostudzić i pić po jednej łyżce stołowej trzy razy dziennie. Co prawda, Lolik, nie narzekający na swoją pamięć, pić tego nie zamierzał. Z krojeniem składników i wrzucaniem do kotła problemów nie było, wody nasz warzyciel nalał z kranu i zabrał się do gotowania. I tu dopiero powstało pytanie, jak niby doprowadzić eliksir do wrzenia, skoro w laboratorium nie było kuchni? Kominka także nie. Rozpalanie ogniska na stole wydało się Lolikowi metodą zbyt prymitywną nawet jak na standardy tej szkoły. Już miał biec do dyrektora z prośbą o jakiś magiczny odpowiednik elektrycznej maszynki do gotowania, kiedy zauważył, że płyn w kociołku bulgocze i zaczyna wydzielać parę, liliową jak szata Dumbledore’a. Lolik dotknął kociołka i z sykiem cofnął rękę. Kocioł był gorący.

„No proszę, burżujska technika!” – zdumiał się alchemik–samouk i natychmiast zorientował się, że coś jest nie w porządku. No tak, para! Lolik pamiętał, że według opisu para powinna być pomarańczowa. Warzyciel zaczął gorączkowo sobie przypominać, co przegapił, w końcu klepnął się w czoło. Tę breję trzeba zamieszać! No dobra, jeszcze nie jest za późno. Chociaż na stole obok kotła leżała łyżka na długiej rączce, Lolik uznał, że prawdziwy czarodziej powinien mieszać eliksir czarodziejską różdżką. Wyciągnął magiczny instrument z kieszeni i bez wahania wetknął go do kotła. I to zaprzepaściło cały eksperyment, oraz, mały włos, a zaprzepaściłoby także pracownię Snape’a. Wybuch rzucił Lolika pod ścianę. Kiedy nieostrożny warzyciel przyszedł do siebie, jego oczom ukazała się malownicza scena: na podłodze walały się szczątki rozerwanego kociołka, kilka stołów zostało wywróconych razem z całą zawartością, w powietrzu poza zwykłym zielonkawym oparem błąkały się fioletowe chmurki, a po całej pracowni rozbryzgane były resztki tego, co miało być eliksirem przeciw sklerozie. Pośrodku tego chaosu, w zadumie przeczesując różdżką srebrną skroń, stał dyrektor. Widząc, że profesor eliksirów już się ocknął, stary czarodziej wygłosił uspokajającą mowę, kończącą się słowami: „Jak to u was mówią, pierwszy blin nigdy się nie udaje! Próbuj dalej, mój chłopcze, a wszystko będzie dobrze”. Co było robić, Lolik ćwiczył, i stopniowo rzeczywiście coś zaczęło mu wychodzić.

Poza notatkami Snape’a, Lolik intensywnie studiował „Magię dla opornych” i już opanował najbardziej podstawowe zaklęcie – Lumos, służące w szkole jako latarka. Wyuczywszy się tego ważnego zaklęcia, profesor eliksirów spokojnie schodził wieczorami do swoich lochów, nie wpadając już na ściany, kolumny i całujące się parki.

 

 

poniedziałek, 13 lipca 2009, toroj
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: