CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a

Rozdział czwarty: Redemption song (This song of freedom)

Mistrz Eliksirów mógł pozbyć się Vitachy Melout na dwa sposoby: przyłapać ją na jakimś grubszym błędzie i zwolnić albo tak jej dogryźć, żeby sama wzięła nogi za pas. W sumie był też trzeci wariant: przetrzymać i spróbować zrozumieć, co też knuje Dumbledore, że tak nachalnie wpycha mu tę dziewczynę. Ostatecznie Severus, który nigdy nie lubił iść na łatwiznę, skłonił się ku właśnie temu rozwiązaniu.

*

Kiedy Vitacha Melout weszła do laboratorium w poniedziałkowy ranek, zastała już tam swego szefa. Choć może należałoby powiedzieć, że on jeszcze tam był, spędziwszy noc w pracowni, o czym świadczyła poza Mistrza Eliksirów, zwykle o poranku wykazującego nieznośną aktywność. Snape wpółleżał w fotelu, stojącym do drzwi tyłem i lekko pod kątem, tak, że Vitacha mogła widzieć długie nogi profesora, leżące na taborecie. Spiczaste noski czarnych pantofli celowały prosto w sufit. Chuda ręka zwisała z podłokietnika, niemal dotykając podłogi zabrudzonymi czymś palcami.

– Dzień dobry – odezwała się dziewczyna cichutko, żeby nie obudzić Snape’a, na wypadek gdyby spał. Cisza…

Zawahawszy się chwilę, poszła na swoje stanowisko robocze, rozwinęła rolkę pergaminu z planem zajęć i otworzyła dziennik laboratoryjny, w którym zapisywała wszystkie pobrane z magazynu składniki do eliksirów. Zamoczyła pióro w atramencie, po czym znieruchomiała, przygryzając dolną wargę i patrząc gdzieś w kierunku oparcia profesorskiego fotela. Z zamyślenia wyrwał ją głos Snape’a, jak zawsze monotonny i znudzony:

– Proszę mi wyświadczyć przysługę, panno Melout, i sprzątnąć to tam. – Blada dłoń leniwie zatoczyła półokrąg w powietrzu, a szczupły, brudny palec wskazał róg komnaty.

– Oczywiście, sir. – Vitacha wstała, patrząc w tamtym kierunku. I znów zamarła, ledwo zdążywszy zdławić cichy okrzyk zdumienia. Pod ścianą stała sztaluga, a obok na stole walały się w nieładzie pudełka z farbami, pędzle i fiole z wodą zabarwioną akwarelami. Severus Snape, malujący akwarele – to było coś, co... z trudem dawało się ogarnąć umysłem, ale było też strasznie, strasznie intrygujące. Niestety, w pobliżu nie było ni śladu malunków, które Mistrz Eliksirów mógłby stworzyć zeszłej nocy. Prawie nie było – niosąc do umywalni przybory malarskie, Vitacha zauważyła na podłodze coś białego i później, rozłożywszy umyte już przedmioty na stoliku, ukradkiem przykucnęła, by obejrzeć znalezisko. Był to kawałek mięsistego papieru, pokolorowany z jednej strony – niewątpliwie część obrazu, na którym widniał fragment jesiennego lasu. Kiedy dziewczyna podniosła go do oczu, akwarelowe gałęzie poruszyły się, jakby pod wpływem wiatru, a w jej twarz powiało czymś chłodnym, szumiącym, upajającym i boleśnie smutnym...

Co to? Proszę mi to oddać. – Z głębin fotela wynurzyła się mroczna, pomięta fizjonomia profesora. Vitachy nie pozostało nic innego, jak podać Snape’owi znaleziony papier. Mistrz Eliksirów w milczeniu spopielił skrawek zaklęciem, bez użycia różdżki, otrzepał ręce i zwrócił się do swojej nieruchomej asystentki:

- Panno Melout, tak na wypadek gdyby się jednak pani obudziła – na dziś zaplanowana została nalewka Preczpryszcz. Ropa z czyrakobulwy jest w szafie numer szesnaście, trzecia półka od góry.

*

Udało im się skończyć pracę w ciągu godziny, po czym profesor Snape oddalił się, by potorturować uczniów po raz pierwszy w tym tygodniu, a Vitacha poszła załatwiać swoje sprawy, zręcznie lawirując między galopującymi w tę i we w tę gromadkami dzieciaków. Asystentka Mistrza Eliksirów nie wyróżniała się ani wzrostem, ani wagą, za to gibkości Bóg jej przydzielił dubeltową porcję. „Sprawy” panny Melout polegały głównie na rozmowach z profesorem Flitwickiem i profesor McGonagall, oraz posiedzeniu w bibliotece – generalnie, absolwentka wyższych studiów warzycielstwa w Kingston postanowiła pchnąć do przodu swoją dysertację. Vitacha od czasu do czasu plotkowała też z Fleur Delacour lub Rolandą Hooch, ale bliższej znajomości z nikim nie zawarła, może z powodu swego nieokreślonego i niepewnego statusu w Hogwarcie.

Snape w napięciu czekał, godzina za godziną, kiedy Dumbledore wezwie go, by choć wyjaśnić, jak właściwie wygląda sytuacja z przyszłą wymianą obecnej asystentki. Dyrektor jednak nie wezwał go ani w poniedziałek, ani we wtorek, w środę – nic, w czwartek ani dudu... w piątek niemiłosiernie naciągana cierpliwość Snape’a w końcu nie wytrzymała i trzasnęła. Mistrz Eliksirów urządził pannie Melout istne piekło! Snape się miotał, a Vitacha milczała i tylko trzepała w jego stronę popielatymi rzęsami, ciężkimi od łez. A potem nagle wyleciała z pracowni jak korek wystrzelony z butelki szampana, nadal nie powiedziawszy ni słowa.

Snape padł na fotel, kładąc nogi na taborecie, i posępnie wbił wzrok w ścianę. W tejże pozie zastał go po upływie kwadransa domowy elf, który dostarczył liścik od Dumbledore’a. Gdyby ktoś odważył się zajrzeć w oczy Mistrza Eliksirów, kiedy ten wspinał się na wyżyny dyrektorskiej baszty, zapewne ujrzałby w nich dwa znaki zapytania: asystentka naskarżyła na niego czy nie? A jeśli tak, czy ta niesmaczna scena przybliżyła chwilę uwolnienia od panny Melout...?

Odpowiedź przeczącą na pytanie numer dwa Severus otrzymał natychmiast, ledwo zdążył przekroczyć próg dyrektorskiego gabinetu – stary czarodziej miał bardzo stanowczą minę.

Dumbledore nie owijał w bawełnę, od razu wyłożył na stół wszystkie karty. Istniało przypuszczenie – tylko przypuszczenie – że legendarna substancja, zdolna przyspieszać procesy badawcze w niektórych tajemniczych i subtelnych sektorach nauk magicznych, może zostać uzyskana na drodze praktycznego wytwarzania. Do udowodnienia owej tezy zbliżano się powoli lecz konsekwentnie w kilku czarodziejskich szkołach oraz instytutach warzycielstwa jednocześnie. Stworzenie (albo też ostateczne udowodnienie niemożności stworzenia) takowej substancji w Hogwarcie było niezwykle kuszącą perspektywą. A jeszcze bardziej kuszące było zrobić to, nim poradzą sobie z zagadnieniem inni...

|Kiedy dyrektor mówił, Snape z roztargnieniem tarł podbródek palcami prawej reki, co u niego było oznaką niezwykłego wzburzenia intelektualnego. Mistrz Eliksirów rozumiał, że Dumbledore właśnie zarzucił przynętę, a on ją łyknął ochoczo i siedzi oto na haczyku tego siwobrodego mądrali. Jednak jakoś mało go to martwiło – Severusa podgrzewał już od środka badawczy zapał. A do tego: gdyby legendarny eliksir sporządził właśnie on, Snape, kaleka, na którym już praktycznie postawiono krzyżyk... Noooo...

Dyrektor oczywiście zagaił na temat panny Melout: „Dziewczyna przepracowała z tobą miesiąc, Severusie, zdecydowanie dłużej, niż ktokolwiek inny, przy tym, jak mi się wydaje, wasza współpraca była więcej niż efektywna... Uważam, że nie ma sensu jej wymieniać. Szukanie nowego asystenta i dogrywanie się was obu w laboratorium zajmie sporo czasu, a nie mamy go w nadmiarze”. Mistrz Eliksirów tylko niedbale skinął głową, krzywiąc kącik ust – teraz, kiedy w perspektywie majaczyła szansa utarcia nosa kolegom warzycielom, a ponadto dostania się na karty Historii Magii (jak Potter), Snape był gotów machnąć ręką (prawą i lewą też) na podłą zdradę swojego patrona i na nieznośną obecność gościa z Jamajki.

- Wspaniale, że doszliśmy do porozumienia – rozpromienił się Dumbledore. – W takim razie, mam do ciebie prośbę, Severusie. Proszę, znajdź pannę Melout i powiedz jej, że okres próbny się skończył i od jutra zaczyna pracę na stanowisku asystenckim na pełny etat. I proszę – stary czarodziej zmierzył skrzywionego Mistrza Eliksirów przenikliwym spojrzeniem bladoniebieskich oczu - żebyś to zrobił teraz. Widziałem dziewczynę jakąś godzinę temu i wydawała się trochę... roztrzęsiona. Ta nowina na pewno ją ucieszy.

Severus zgodził się smętnie i opuścił gościnny dyrektorski gabinet.

wtorek, 05 maja 2009, toroj

Polecane wpisy

  • Chcesz być moim nieprzyjacielem?

    Miałam szczerą chęć opisać swoje wojaże w góry, ale wpadłam po uszy w całkiem inny projekt. Do przeczytania tutaj: Chcesz być moim nieprzyjacielem?

  • W Internecie jest nie tylko porno

    Tytuł: W Internecie jest nie tylko porno Autor: cyerus Oryginał: The Internet Is Not Just For Porn Zgoda na przekład: brak kontaktu Tłumacz: toroj Fan

  • Na wakacjach

    Na wakacjach autor: songlin tłumaczyła: Toroj oryginał: On Holiday źródło: http://archiveofourown.org/works/386326 kategoria: humor, slash seria: „Wol

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: