CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Rastafariańska bajka o lewej ręce Snape'a - rozdział 9

Rozdział dziewiąty: I shot the Sherif (But I swear it was a self-defense)

Kolejne trzy tygodnie były dla Vitachy ciągłym koszmarem. Do komisji zdecydował dołączyć sam Knot, dzięki czemu jej skład natychmiast powiększył się czterokrotnie. A cała ta biurokratyczna banda już ostrzyła sobie zęby, by znaleźć w dokumentacji jakiś poważny błąd (choć z braku laku zadowoliliby się pewnie ortograficznym). Dzięki swym talentom dyplomatycznym Dumbledore wytargował dla Severusa i Vitachy nieco czasu, mogli więc rzucić się w wir pergaminowej roboty.

Pracę rzadko kończyli przed północą, po czym Snape zostawał jeszcze w laboratorium, by pisać plan działania na następny dzień, a Vitacha w pośpiechu zmieniała ubranie i potykając się gnała za bramę, by aportować się do Hogsmeade, gdzie pod „Trzema Miotłami” czekał jej przyjaciel z Jamajki.

Wieść o jego obecności wkrótce stała się wiedzą powszechną. Nauczyciele z Hogwartu, których większość regularnie odwiedzała przybytek madame Rosmerty, nie mogli nie zauważyć przedłużającej się obecności egzotycznego gościa. Przy stole szeptali między sobą, spoglądając przychylnie na Vitachę. Rolanda Hooch, jak zwykle denerwująco bezpośrednia, znów ryknęła na całą Wielką Salę:

No, koliberku, załapałaś niezły towar! Istny nowiutki Nimbus! Witka w witkę i dobrze wypolerowany! A myśmy tu już wszyscy myśleli, że tobie staruszek Snape zawrócił w głowie...!

Vitacha, półprzytomna od ciągłego niewyspania, nie zwróciła na słowa Rolandy uwagi. Za to „staruszek Snape”, owszem, zwrócił. Pochylił się ku profesorce miotlarstwa i szepnął jej na ucho coś, od czego ta natychmiast pobladła i straciła ochotę na pogaduszki.

*

Czas płynął, kawaler panny Melout wyjechał, a delegacja z ministerstwa zorganizowała desant na Hogwart. Urzędnicy rozleźli się po zamku jak stado chorych trolli, ale w końcu odjechali, trochę niezadowoleni z tego, że nie znaleźli nic, do czego mogliby się przyczepić. Severus oraz Vitacha, a także Dumbledore, Filch i cała załoga domowych skrzatów, mogli wreszcie odetchnąć i oddać się relaksowi. Panna Melout postanowiła nie niepokoić szefa i nie mówić mu, póki co, o nowych książkach, które przywiózł jej smagły wielbiciel. Sądząc z wyglądu profesora, powinien on raczej przebywać w towarzystwie poduszki, niż ksiąg. Nad jego głową łatwo było wyobrazić sobie świecący neon: „Podejście grozi śmiercią lub czymś gorszym”.

Jednakże Severus miał własne plany na ten sobotni wieczór w początkach maja.

*

O godzinie ósmej wieczorem profesor Snape zastukał do drzwi swojej asystentki – końcem różdżki, by nie tracić czasu na wyciąganie jej z rękawa, gdyby zaszła nagła potrzeba rozwalenia zamka. Obyło się bez dewastacji, ponieważ Vitacha była u siebie. Nie zajmowała się też niczym zdrożnym, gdyż otworzyła natychmiast.

Panno Melout, potrzebna mi pani pomoc w... przygotowaniu eliksiru spokojnego snu.

A... angielski wariant? – wybąkała dziewczyna, nie rozumiejąc, czemu jej zwierzchnik chce robić ten cholerny specyfik akurat teraz. Przecież madame Pomfrey nie mogła zużyć wszystkich czterdziestu siedmiu flakonów, które przygotowali na potrzeby szpitala w zeszłym miesiącu?

Jamajski.

Ale... – Vitacha uniosła brwi ze zdumienia, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Jamajska wersja eliksiru przewidywała użycie cannabis magica zarówno jako jednej z ingrediencji, jak i przed procesem warzenia, w formie dymu – a tego Snape nie mógł nie wiedzieć!

Tymczasem Mistrz Eliksirów, wciąż jeszcze stojąc na korytarzu, zaczął tracić cierpliwość.

TAK, panno Melout, BĘDĘ to palił, jeśli pani to, oczywiście, MA, w co nie wątpię!

Och, przepraszam... Proszę wejść. Zaraz sprawdzę. – Vitacha w końcu wzięła się w garść i gestem zaprosiła szefa do środka. Skryła się za drzwiami sypialni, może nieco zbyt pospiesznie, ale zaniedbanie gościa było w pełni usprawiedliwione szokiem. Severus Snape przyszedł do niej... po papierosy!!! Z marihuaną!!!

Ja śpię, to na pewno sen albo halucynacje z niewyspania, lub od niedopalenia... – mruczała pod nosem, drżącymi rękami sypiąc wonne „sianko” na papierosową bibułkę. Co chwila oglądała się przez ramię na drzwi. Może to pułapka, mająca na celu jej deportację z Hogwartu „za posiadanie”...?

Dobrze, że przynajmniej nie za sprzedaż wyszeptała Vitacha do siebie, uśmiechając się ponuro. Flitwick mnie nie wsypie, Pince też. Co do Trelawney, nie byłabym pewna, chociaż...

Kiedy wróciła, chowając za plecami solidnych rozmiarów skręta, Snape już zdążył uprzątnąć ze stołu książki oraz papiery, umieścić kociołek nad małym, przenośnym palnikiem i wyciągnąć z torby składniki. Najwyraźniej Mistrz Eliksirów nie żartował.

Myśli pan, że ten efekt można spróbować wykorzystać w...? Vitacha nagle zrozumiała (albo prawie zrozumiała) sens ofiary swego szefa.

Takodparł raptownie, nie odwracając się od stołu. – Możliwe, we wczesnym stadium... Ale najpierw chcę potwierdzić teorię eksperymentalnie na czymś... bardziej bezpiecznym.

– А pan wcześniej eee... palił kiedykolwiek? – Dziewczyna przysiadła na skraju sofy, by nie stawać na drodze Snape’owi, krążącemu wokół stołu. Mistrz Eliksirów natychmiast zakończył wędrówkę i skrzyżowawszy ręce na piersiach, spojrzał na Vitachę z miną mniej znudzoną niż zwykle.

Nie. Ale mam nadzieję, że nie sprawi pani kłopotu objaśnienie mi... podstaw?

Vitacha nerwowo przełknęła ślinę, wciąż nie mogła uwierzyć własnym uszom. Snape jednak nie przestawał jej przewiercać niecierpliwym spojrzeniem. Westchnęła więc, skinęła głową i zaczęła wykład.

*

Pierwszy sztach wyborowej ganji mało nie wywlókł z Mistrza Eliksirów duszy. Vitacha musiała mu zabrać papierosa, a potem pokazać, jak prawidłowo się zaciągnąć i zatrzymać dym w płucach. Po demonstracji poszło już znacznie lepiej, dziewczyna umościła się wygodniej na sofie, obserwując jak jaźń jej szefa wypełnia Dża. Wszystko robił prawidłowo – nie miotał się bezsensownie, nie walczył z przewyższającą go siłą, ale i nie korzył się przed nią. Dża lekko uniósł jego ciało nad fotelem, potem kontury postaci Severusa jakby straciły ostrość – wszystko jak należy i o czasie – aż w końcu z jego twarzy spłynęła, na pozór trwale przyrośnięta, beznamiętna maska. Wtedy Vitacha po raz pierwszy zobaczyła na obliczu tego człowieka emocje inne niż rozdrażnienie czy złość. Nie radość, nie – w Severusie było tak mało radości, że nawet Dża nie był w stanie wydobyć jej na wierzch – ale półuśmiech, jakby dziecięcy grymas: uniesiona w zdumieniu brew, trzepotanie rzęs, delikatne poruszenie warg, wypowiadających niesłyszalne słowa...

Kiedy Severus wreszcie otworzył oczy, Vitacha przekonała się, że i one się zmieniły – nie były już podobne do ślepych zaułków, lecz raczej do okien, za którymi rozciągało się przejrzyste nocne niebo. Ale skąd w oczach Severusa Snape’a to światło? A raczej zawsze tam było, tylko teraz Dża uczynił je widzialnym...

Teraz rzekł Snape ochryple. Vitacha zerwała się z kozetki, pospiesznie rozpaliła pod kociołkiem. To było osobliwe uczucie, warzyć wraz z nim eliksir, kiedy Severus  po części nie był sobą, a jednocześnie bardziej sobą niż zwykle. Tak dziwne, że Vitacha nie potrafiła wyrazić tego słowami, co zresztą często jej się zdarzało. Ale – hurra! – uwarzyli naprawdę super eliksir! Wzorcowy – to było widać i po kolorze, i po zapachu...

A potem Snape, zmordowany obcowaniem z wszechobecnym duchem cannabis magica, padł na sofę Vitachy i zasnął. Po chwili wahania dziewczyna przykryła go kocem i zaczęła sprzątać na stole.

*

Godzinę później Vitacha siedziała na dywaniku przed kominkiem, obejmując ramionami kolana. Niewidzącymi oczami  wpatrywała się w fotografię młodego człowieka o olśniewającym uśmiechu i łagodnych czarnych oczach, leżącą obok niej na podłodze. Chłopak na zdjęciu robił miny i wesoło machał do niej ręką, a ona szeptała rzeczy, które na pewno starłyby wszelką radość z tej sympatycznej twarzy.

Drogi Ernie, wiem, że ty mnie nie zrozumiesz, ale... Pewnie po prostu muszę się wygadać. Wybacz mi, proszę. Zwariowałam. Zakochałam się po uszy... w Mistrzu Eliksirów. – Vitacha potarła policzkiem o kolano, ocierając łzę. – On jest... zadziwiający. Nie wiem sama... Po prostu zadziwiający. Zwłaszcza jak mu podsunąć trawkę. – Siąknęła nosem i uśmiechnęła się. – Ale ja, Ernie, ja nigdy nie będę dla niego interesująca. Może ze mną rozmawiać, dawać mi książki, częstować winem, prosić o coś, jednak czuję, że jestem dla niego nikim. Jasne, że mogłabym z nim flirtować, czy co tam jeszcze, lecz wiem, że tylko zrobię z siebie kompletną idiotkę. Co bym nie zrobiła, żeby zwrócić jego uwagę, tak czy owak wyjdę na kretynkę! – Milczała chwilę, walcząc z łkaniem. Rozumiesz, ja nie mogę przestać myśleć o tym, czego JEMU potrzeba... I robię wszystko, czego ON potrzebuje – milczę, wkuwam tego cholernego Avirsora, nie podchodzę za blisko... Nigdy go nawet nie dotknęłam, Ernie, bo wiem, że tego nie lubi... Dziewczyna ukryła mokrą od łez twarz. Nie mogę go zostawić. Nie wyobrażam sobie, że obok niego w laboratorium będzie ktoś inny, choćby nawet i mężczyzna... Uniosła głowę i dotknęła fotografii mokrym palcem. Przepraszam, Ernie, to takie... skomplikowane. Czasem chciałabym, żeby nic się nie wydarzyło. Żeby nie było tego wyjazdu, żebym nie poznała nikogo prócz ciebie... Wybacz. Pewnie powinnam się po prostu porządnie wypłakać. Pójdę do drugiego pokoju, tu nie powinnam... ryczeć głośno, boję się go obudzić...

Vitacha podniosła się, postawiła fotografię wesołego młodzieńca na półce nad kominkiem i zamknęła się w sypialni.

 

piątek, 29 maja 2009, toroj

Polecane wpisy

  • Chcesz być moim nieprzyjacielem?

    Miałam szczerą chęć opisać swoje wojaże w góry, ale wpadłam po uszy w całkiem inny projekt. Do przeczytania tutaj: Chcesz być moim nieprzyjacielem?

  • W Internecie jest nie tylko porno

    Tytuł: W Internecie jest nie tylko porno Autor: cyerus Oryginał: The Internet Is Not Just For Porn Zgoda na przekład: brak kontaktu Tłumacz: toroj Fan

  • Na wakacjach

    Na wakacjach autor: songlin tłumaczyła: Toroj oryginał: On Holiday źródło: http://archiveofourown.org/works/386326 kategoria: humor, slash seria: „Wol

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: