CIS - charakter, inteligencja, sarkazm. A także plotki i marudzenie egzystencjalne.
statystyka
Blog > Komentarze do wpisu
Rastafariańska Bajka o lewej ręce Snape'a - rozdz. 6 i 7

Rozdział szósty: Roots, rock, reggae (Just a reggae music)

Nazajutrz, w sobotni wieczór (dokładnie o godzinie dziewiętnastej minut pięćdziesiąt dziewięć i czterdzieści sześć sekund), stojąc przed imponującymi wierzejami z ciemnego drewna, wiodącymi do komnat Mistrza Eliksirów, Vitacha Melout niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę i próbowała zgadnąć, czy profesor usłyszał jej niezdecydowane pukanie, czy też powinna użyć nieco większej siły. Kres jej wątpliwościom położyło dobiegające ze środka zaproszenie:
- Wejść!
Vitacha posłuchała i... stanęła jak wryta, ledwo przekroczyła próg. W salonie Mistrza Eliksirów było jasno, nadspodziewanie jasno, zwłaszcza po półmroku zamkowego korytarza. Pomieszczenie rozpłynęło się przed oczami mrugającej bezwiednie dziewczyny. Klap, klap – oto żeglują regały z książkami, kilkoro drzwi z ciemnej dębiny… Klap-klap-klap - ogień na kominku… Klap-klap-klap-klap - i stojący przed nim Mistrz Eliksirów… Klap...
Snape był po domowemu swobodny, co sprowadzało się do tego, że miał przy kołnierzu surduta rozpięte aż dwa guziki. Opodal stały dwa wygodne fotele o kraciastych obiciach, a za nimi eleganckie biurko, w całości pokryte tak zwanym twórczym bałaganem. Vitacha dostrzegła też mały stoliczek do kawy. Snape stał między fotelami, pyszniącymi się szkockim tartanem i uważnie lał bordeaux do kieliszka.
- Proszę siadać – burknął niezbyt życzliwym tonem, wskazując skinieniem głowy fotel bliżej kominka. Vitacha przysiadła, wzięła zaoferowane wino, podziękowała. Obróciła kieliszek w palcach i rzuciła w stronę szefa ostrożne spojrzenie, pełne niedowierzania.
- Co to za... święto?
– Niech pani zgadnie – rzucił Snape, nie patrząc na nią, wciąż zajęty butelką.
– N-nie wiem. Do Gwiazdki jeszcze daleko... – Vitacha wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niepewnie. Severus spojrzał na nią nieprzyjaźnie.
– Czcimy pani nową pracę. A to pewnie ta książka, o której była mowa?
Panna Melout, uświadomiwszy sobie, że jest niejako główną bohaterką tej miniuroczystości, straciła resztki pewności siebie. Nerwowo kiwnęła głową, po czym podała profesorowi interesujący go przedmiot: podniszczony tomik w oprawie z szarozielonego (oczywiście konopnego) płótna. Snape pociągnął nosem i natychmiast wetknął go w książkę, szybko przeglądając stronice, czytając tu i tam fragmenty tekstu. Szczególnie jeden ustęp, gdzieś pośrodku, przyciągnął jego uwagę.
– Dlaczego nie powiedziała mi pani, że cannabis magica neutralizuje efekty zwykłego eliksiru przeciw przeziębieniom?
Vitacha, zmieszana, rozłożyła ręce.
– Ale pan przecież uprzedzał... rozmowy na tematy postronne...
Mistrz Eliksirów najpierw przewrócił oczami, a potem spiorunował swoją asystentkę spojrzeniem.
– Panno Melout, informacje o substancjach tak organicznego, jak i nieorganicznego pochodzenia, zbyt egzotycznych, by ich właściwości znał na pamięć skromny wykładowca eliksirów w angielskiej szkole, nie mieszczą się w zakresie tematów postronnych. W przyszłości będzie pani łaskawa komunikować mi wszystko, co może pomóc w pracy. Proszę się częstować - Machnął ręką w stronę patery z ciastkami i znów zaczął szeleść kartkami.
– Mogę ją zatrzymać na kilka dni? – spytał po chwili.
Vitacha skinęła głową, unosząc kieliszek.
– Doskonałe wino – zauważyła.
Odpowiedziało jej głośne prychnięcie.
– Rozmowy na tematy postronne... – Mistrz Eliksirów oderwał się w końcu od lektury, porwał z biurka kawałek pergaminu i pióro. Usiadł na powrót w fotelu, opierając stopy na podnóżku, a otwarty tomik i rzeczy do notatek kładąc na kolanach.
Vitacha upiła łyk wina, obserwując jak Severus szybko przepisuje skrócone alchemiczne formuły, wodząc po stronicy palcem wskazującym lewej ręki. Wreszcie podniósł głowę.
– Panno Melout, od poniedziałku zaczniemy pracę nad pewnym bardzo wyjątkowym eksperymentem. Jeśli nie ma pani nic do roboty, proszę zajrzeć do dwunastego tomu Avirsora. Mniej więcej czymś w tym rodzaju będziemy się zajmować – poinformował i znów w skupieniu zaskrzypiał piórem, pozwalając by asystentka sama odkryła, w której z siedmiu wielkich szaf i na której półce chowa się przed ludzkim wzrokiem dzieło znamienitego Amerykanina.
Vitacha przejrzała dwa regały, a potem jej uwagę przyciągnął wiszący nad kominkiem niewielki obrazek akwarelowy, namalowany, jak się zdawało, w tej samej manierze, co znaleziony w laboratorium fragment. Nawet tematyka była podobna: pejzaż jesienno-zimowy, chłodno-mroczny późny wieczór, ruiny jakby altany w stylu greckim, dokoła posrebrzone szadzią trawy i liście.
– Szafa na prawo. – W kruchy lodowaty światek, do którego zabrnęła Vitacha, wdarł się głos Snape’a. Panna Melout, otrząsnąwszy się, wróciła do rzeczywistości. Odszukała potrzebny tom, siadła znów w fotelu i nie oderwała się już od książki przez cały wieczór. Koło północy butelka była już pusta, podobnie jak talerz po ciastkach – w dziele zniszczenia tych ostatnich miał swój niemały udział gość Mistrza Eliksirów, choć Vitacha nie raz upominała sama siebie, że nie należy się objadać przed snem. Snape wstał, tym samym dając znać, że spotkanie uważa za skończone, i odprowadził swoją asystentkę do drzwi.
– Panno Melout, hmmm... Czy ma pani inne prace Hilariusa?
– Nie, ale mogę poprosić, żeby mi je przysłano – odpowiedziała Vitacha, której pochlebiało, że samego profesora Snape’a zaciekawiła jej książka.
– Będę bardzo zobowiązany. Dobranoc. - I ciężkie, rzeźbione drzwi zamknęły się za plecami panny Melout.
*
W piątek podczas kolacji Vitacha oznajmiła szefowi, że dostarczono jej zamówione książki. Snape uprzejmie udał, że nic o tym nie wie. Zrobił tylko minę w stylu: „To nie mnie wszak trzy rudo-zielone ptaki upuściły przy śniadaniu ciężką paczkę prosto w talerz”, a następnie zaprosił dziewczynę (i przesyłkę) na sobotni wieczór, tak jak poprzednio.
Wieczór spędzili przy akompaniamencie szelestu kartek i skrzypienia piór. Oczekując panny Melout z nową porcją rastafariańskiej literatury o eliksirach, profesor przelał wino z butelki do mniejszej objętościowo karafki – zdążył bowiem zauważyć, że dziewczyna, zajęta czytaniem, przestaje liczyć wypite kieliszki, a wymiany jednego jej nałogu (palenia) na drugi (picie) nie miał w planach. Nagła niedyspozycja asystentki mogła przecież zaszkodzić aktualnym pasjonującym eksperymentom. Snape nie wiedział jeszcze, że Vitacha znalazła sobie inną, znacznie bardziej niebezpieczną dla zdrowia pasję.

 

Rozdział siódmy: Exodus (Movement of Jah people)

Nowinę zakomunikowała Snape’owi jak zwykle Rolanda Hooch, sąsiadująca z nim od lewej przy nauczycielskim stole.
– Severusie, nawet sobie nie wyobrażasz, co wyprawia ta twoja asystentka! – krzyknęła mu prosto do ucha, nie przełknąwszy nawet dobrze porcji smażonych ziemniaczków. – Lecę sobie raniutko znad boiska, jakby nigdy nic, a ona...
Snape instynktownie skupił uwagę.
– …wisi na ścianie zamku! – zakończyła Rolanda dramatycznie.
Mistrz Eliksirów odłożył widelec i wbił spojrzenie w mącicielkę spokoju publicznego.
– Jak jakiś langustnik! Wczepiona rękami i nogami w cegły! Tuż pod oknami Sinistry...! – ciągnęła madame Hooch złowieszczym szeptem, który z pewnością usłyszeliby nawet uczniowie przy najdalszym, ślizgońskim stole, gdyby akurat nie wyjechali na ferie z okazji Bożego Narodzenia.
Profesor Sinistra jęknęła słabo, łapiąc się za głowę. Inni wykładowcy zaczęli się kręcić i szeptać między sobą. Zadowolona, że przyciągnęła powszechną uwagę, Rolanda nabrała więcej powietrza.
- Ja ją pytam: „Co ty robisz, wariatko?” A ona: „Włażę na dach! Podziwiać widoki!” No, wiecie?! Słyszeliście kiedy o czymś bardziej szalonym? Zamiast, jak każda normalna czarownica, siąść na miotle i strzelić sobie parę kafli, ona włazi na dach po ścianie! Severusie! – Nauczycielka miotlarstwa zwróciła do swego sąsiada wysmaganą wiatrem twarz. – Przyznaj się, czym ty tę małą faszerujesz w każdą sobotę, że jej witki wywróciło na opak?
Słysząc taką niesłychaną bezczelność, Snape pobielał jak kreda, co było bardzo złym znakiem – to zrozumieli wszyscy, prócz beztroskiej wielbicielki mioteł. Profesor Flitwick schował się nawet pod stół, na wszelki wypadek, żeby nie oberwać rykoszetem. Do wybuchu jednak nie doszło, gdyż nieoczekiwanie sytuację załagodziła sama Vitacha Melout.
Asystentka profesora Snape’a wyjęła z ucha malutki pozłacany rumianek (zaczarowany kwiatek wyśpiewywał skoczne piosenki z jej dalekiej ojczyzny) i pochyliła się nisko nad stołem, by madame Hooch musiała zmierzyć się z jej pełnym wyrzutów spojrzeniem.
– Rolando, przecież już to pani tłumaczyłam: nie mogę latać, bo na miotle mam zawroty głowy. Na ścianie czy na dachu – to zupełnie co innego. Poza tym, hmmm... – Dziewczyna, zmieszana, zaczęła skubać serwetkę. – Naturalnie nie zaglądam nikomu w okna. Słowo honoru!
– Ale moja droga – wtrąciła profesor McGonagall nieco oszołomiona. – Przecież to na pewno bardzo niebezpieczne! A ty mówisz o tym... jak o grze w quidditcha!
– Proszę się nie martwić. – Panna Melout uspokajająco machnęła ręką i posłała profesorce transmutacji swój zwykły nieśmiały uśmiech. – Filius pomógł mi znaleźć bardzo silne zaklęcie lepiące, teraz nawet tropikalny szkwał nie oderwie mnie od ściany. Prawda, profesorze?
Flitwick wychynął spod stołu i energicznie przytaknął, wszelkimi siłami dając wyraz temu, że zaklęcie istotnie jest bardzo, bardzo bezpieczne.
– Mon amie... – Fleur Delacour patrzyła na Vitachę tak, jakby ta właśnie oznajmiła, że robi sobie maseczki kosmetyczne z kupy hipogryfa. – Przecież mogą cię zobaczyć... uczniowie!
– Uczniowie...? – powtórzyła panna Melout skonfundowana, zerkając w stronę grupki dzieci, które zostały na święta w szkole, więc siedziały teraz przy jednym stole z nauczycielami. Twarze małych czarownic i czarodziejów odbijały całą gamę uczuć – od absolutnej zgrozy do entuzjastycznego zachwytu. – Przecież ja tam chodzę tylko nocami. To źle...? Zabronione?
Nauczyciele zaczęli mówić wszyscy naraz, przerwało im jednak delikatne „khm-khm” dobywające się z głębin brody Dumbledore’a.
– Skądże, Vitacho, nikt nie zamierza pani zabraniać uprawiania wspinaczki ścienno-dachowej, byle tylko nie przyszła pani ochota, by przeliczyć sęki na Wierzbie Bijącej.
Dyrektor rzucił znaczące spojrzenie madame Hooch, która przygarbiła się i zaczęła wiercić na krześle. – Proszę tylko nam wszystkim obiecać, że nie będzie pani wchodzić zbyt wysoko i w ogóle zachowywać się OSTROŻNIE. Jeśli złamie pani kark, profesor Snape tego pani nie daruje.
Vitacha chciała coś powiedzieć swojemu szefowi, lecz nie zdążyła. Snape, który w czasie kolacji nie wyrzekł ni słowa, wstał od stołu i nadal w milczeniu szybkim krokiem skierował się do wyjścia z Wielkiej Sali. Panna Melout zerknęła na dyrektora i mało się nie udławiła – na mądrej twarzy starego czarodzieja wyczytała twarde przekonanie o tym, że prędzej czy później nieszczęśliwy wypadek musi się zdarzyć.
Do tego samego wniosku doszedł również profesor Snape, jednakże - podobnie jak dyrektor –zaufał intuicji, która podpowiadała, by nie wtrącać się i pozostawić sprawy ich naturalnemu biegowi. Mistrz Eliksirów miał tylko nadzieję, że Vitacha zrobi fałszywy krok w miarę szybko, póki eksperyment jest jeszcze w powijakach, oraz że się nie zabije, tylko straci ochotę na podziwianie okolicy z dachów Hogwartu na całe życie albo przynajmniej na okres asystentury u boku Snape’a. Ale, jak to często bywa, nadziejom Severusa nie było dane się spełnić.
*
Wypadek Vitachy Melout wydarzył się trzy miesiące później, kiedy jej nocne wycieczki spowszedniały już wszystkim, nawet uczniom. Było to w równonoc wiosenną, dwudziestego pierwszego marca. Czary Flitwicka, do tej pory zabezpieczające należyte przyleganie kończyn dziewczyny do ścian zamku, okazały się bezradne wobec Przeznaczenia. Jako przedstawicielka Sił Wyższych symbolicznie wystąpiła profesor Trelawney, która zapalała niewytłumaczalną żądzą obejrzenia nieboskłonu przez teleskop, więc licho zaniosło ją na szczyt Wieży Astronomicznej. Masywna miedziana tuba, wprawiona w ruch przez słabe ręce wróżbiarki, zmiotła Vitachę z parapetu z taką łatwością, jakby była ona puchem dmuchawca.
Pannę Melout uratowały dwie rzeczy: po pierwsze, doskonały refleks – profesor Flitwick długo potem opowiadał, ocierając łzy rozczulenia, jak dziewczyna w locie zdołała wydobyć z rękawa różdżkę i próbowała rzucić na siebie zaklęcie lewitacji - po drugie, fakt, że Vitacha upadła prosto pod nogi Argusowi Filchowi, który akurat wyszedł na zewnątrz, żeby upomnieć Panią Norris, że kontakty towarzyskie z kocurami z Hogsmeade są, oczywiście, przyjemne, ale we wszystkim trzeba znać umiar. Filch odniósł poszkodowaną prosto do skrzydła szpitalnego, w samą porę, gdyż asystentce profesora Snape’a zostało zaledwie kilka całych kości. W ciągu paru kolejnych dni, kiedy na krótko odzyskiwała przytomność, Vitacha widziała nad sobą zamgloną, krągłą twarz Poppy Pomfrey i czuła miękkie dłonie, od czasu do czasu pojące ją eliksirem Szkielewzro, a potem masujące gardło, by mogła przełknąć piekący płyn. Pewnego jednak razu panna Melout otworzyła oczy, by ujrzeć przy sobie swego szefa.
Severus Snape siedział w fotelu obok szpitalnego łóżka, założywszy nogę na nogę. Gniewnie skrobał piórem po jakimś uczniowskim wypracowaniu. W końcu postawił pod wypracowaniem zamaszysty znak zapytania, podniósł wzrok i jakby lekko się zdziwił, że Vitacha dochodzi do siebie. Ów wyraz twarzy zaraz zresztą ustąpił miejsca znajomej minie: rzeczowo-rozdrażnionej.
– Chce się pani pić?
Vitacha opuściła na moment powieki, na znak zaprzeczenia. Snape zacisnął wargi.
– Poprawić poduszkę?
Panna Melout powtórzyła swoje „nie”.
– Koc...?
„Nie”.
– W takim razie proszę spać dalej.
Mistrz Eliksirów rozwinął nową rolkę pergaminu, skrzywił się i pogrążył na powrót w badaniu uczniowskich bazgrołów.
Vitacha obudziła się kolejny raz nad ranem. Ciemność w komnacie ledwo zaczęła szarzeć. Snape wciąż jeszcze pełnił straż przy jej łożu boleści, co prawda pogrążony we śnie. Próbując usadowić się jak najwygodniej, przyjął karkołomną pozycję: nogi wyciągnął pod łóżkiem, ramiona zwisały mu z podłokietników, a głowę oparł na skraju pościeli dziewczyny. Zebrała siły, by obrócić głowę w stronę masy potarganych czarnych kosmyków, rozdzielonych jasnym przedziałkiem – i leżała tak z otwartymi oczami, póki powieki jej nie opadły. A potem był już poranek. Przy łóżku chorej siedziała tym razem Fleur Delacour, w skupieniu piłując paznokcie. Vitacha natychmiast udała, że jeszcze śpi.

sobota, 23 maja 2009, toroj

Polecane wpisy

  • Chcesz być moim nieprzyjacielem?

    Miałam szczerą chęć opisać swoje wojaże w góry, ale wpadłam po uszy w całkiem inny projekt. Do przeczytania tutaj: Chcesz być moim nieprzyjacielem?

  • W Internecie jest nie tylko porno

    Tytuł: W Internecie jest nie tylko porno Autor: cyerus Oryginał: The Internet Is Not Just For Porn Zgoda na przekład: brak kontaktu Tłumacz: toroj Fan

  • Na wakacjach

    Na wakacjach autor: songlin tłumaczyła: Toroj oryginał: On Holiday źródło: http://archiveofourown.org/works/386326 kategoria: humor, slash seria: „Wol

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: Stworek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2009/05/26 19:09:14
dopingu :)